IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Witamy na Adhri PBF.
Ziemia tej krainy stanowi skarbnicę początku oraz historii.Tutejsze drzewa pamiętają urodzaj jak i gorzkie czasy. Przez długie lata panowało jedno stado, które przez zdradę i chciwość podzieliło się na dwie frakcje, Lwią Ziemię i Złą Ziemię. Mimo iż każde prowadziło osobną politykę przez zawiść narastały konflikty. >>Więcej tu<<

Share | 
 

 TBD [Mane x Sargon]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
Cierń
avatar
Miejsce: inna kraina, oddalona wiele dni drogi od miejsca, gdzie dzieję się akcja forum
Czas: mniej więcej 15 miesięcy wcześniej

Urodziłem się w żyznej krainie, w której nie brakowało tłustych zwierząt. Krzyżowały się tutaj szlaki migracji wielu gatunków, więc lwy nie musząc martwić się o pożywienie, mogły się oddać swojej ulubionej rozrywce tutejszych kotowatych – to znaczy toczeniu wojen. Trzy stada wciąż się ścierały, ale przez dziesiątki lat żadne nie było w stanie wygrać. Dlaczego? Bo najważniejsza była równowaga sił. Nie można było doprowadzić, by którejś osiągnęło supremację – tradycją już stawały się sojusze dwóch tych, które aktualnie były najsłabsze, celem zapobieżenie dominacji najsilniejszego. Aktualna sytuacja nie wyglądała najlepiej dla mojego stada – w tej chwili było najsłabsze a poprzedni władca został zamordowany. Prawda, że nie brzmi najlepiej? Wydawałoby się, że to fatalnie… o ile nie widziało się o pewnej drobnostce, o której wiedziałem tylko ja. To ja otrułem władcę, dzięki czemu przejąłem władzę. Osłabić własne stado by przejąć dowodzenie nim? Nie uważałem tego za nic złego i zdecydowanie zrobiłbym to jeszcze raz. A to był dopiero początek mojego planu przejęcia władzy nad cała krainą. Kolejne kroki były już w trakcie – zacząłem pracować, aby skłócić pozostałe dwa stada ze sobą. Na razie nieźle mi to szło – kilka incydentów granicznych, podbieranie zwierząt, niszczenia infrastruktury a nawet śmierć dwóch lwiątek z łap moich oprawców, tak fabrykując poszlaki, że o to oczywiście oskarżono przeciwników. Wszystko było na dobrej drodze, aby doprowadzić do wybuchu otwartej wojny na pełną skalę… w wyniku której tamte stada się wykrwawią a ja przejmę władzę. Czy mój plan nie był genialny? Jego realizacja postępowała coraz śmielej, czego dowodem był leżąc przede mną doradca jednego z władców – tego oskarżonego o zamordowanie lwiątek. Związane lianami przednie i zadnie łapy oraz obwiązany pysk uniemożliwiały mu ucieczkę. A nawet gdyby udało mu się uwolnić, to daleko by nie pobiegł. Byliśmy sami w przestronnej grocie, z której wyjście było zabezpieczone specjalnym mechanizmem – otwieranym przez głuchego strażnika siedzącego na zewnątrz.
- Witaj… Sargonie. Chyba tak Ci było na imię? Jestem Mane, jak pewnie wiesz. Władca neutralnego stada. Spodziewałbyś się pewnie raczej waszych wrogów? Tych, którym zabiliście lwiątka? – spytałem się go, uśmiechając się do niego złośliwie. Znowu zacznie się wypierać, że oni ich nie zabili? A może pomyśli, że zostałem przez tamtych wynajęty, aby się za nie zemścić? Byłem ciekawy, co zacznie mówić. Bo tego, jak spiskowałem i jaką prowadziłem podwójną grę, to nie mógł domyślić się nikt. Od dawna nad tym pracowałem, aby mój plan toczył się bez żadnych przeszkód.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samotnik
avatar
Szanujący się lew jak ja, z reguły sprawnie unika problemów.
I tak tez było, z reguły. Jednakże każdy chyba posiada w życiu epizod do którego się nie przyznaje. I to był własnie taki epizod.
Cóż... no to od początku.
Wychowałem się w stadzie z wartościami. W stadzie rządzonym wspaniale i... takim w którym władza była dziedziczna. Oh, rozczarowanie! Żałosne tradycyjne zachowanie sprawiające iż rządzi często... ugh. No pod-lew.
Istota nie godna.
I do tego wszystko dążyło. Jednak zanim to miało nastąpić, na 2 może 3 pełnie wcześniej, zostałem oszukany. Potraktowany niczym byle zwierzyna. Złapany podczas drzemki w wodopoju. Miejscu w którym wojna się nie toczyła. Któż mógł być takim podłym indywiduum? Jak się wkrótce okazało... Mane.
Kojarzyłem pachołka. Niedoświadczony i pewny siebie. Dziwnym trafem nagle awansował. Od tamtej pory jego stado słabło w oczach a ja... a ja nie spodziewałem się iż zostanę byle zakładnikiem.

Leżałem związany... swoją drogą nawet sprawnie, co nie jest proste używając jedynie pyska i łap.
Gdy wszedł do jaskini mój oprawca, splunąłem mu pod łapy na tyle na ile pozwoliły mi więzy krępujace pysk.
- Jeżheli praghniehsz konhwersacji, to rozhluhnij mi więzhy. - Stwierdziłem gdyż irytujący był fakt rozmowy przy takim uniedogodnieniu. Zaprawdę gościnny ten cały wredny "władca" nie był.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cierń
avatar
Gdy tylko więzień ośmielił się splunąć, walnąłem go łapą prosto w pysk. Miał szczęście, że nie wyciągałem pazurów – w końcu to miało być tylko ostrzeżenie, że pyskowanie nie jest dobrym pomysłem, a nie chęć zadania ran.
- A skąd pomysł, że pragnę konwersacji? – spytałem retorycznie, poluźniając mu jednak liany, które obwiązywały mu pysk – tak by mógł spokojnie rozmawiać – I nie jesteśmy na „ty”! Jestem władcą! – przypomniałem mu, lekko unosząc wargi, by Sargon mógł wyraźnie dojrzeć moje ostre kły.
- Na czym to skończyliśmy… – spróbowałem wrócić do zaczętego wątku – A tak. Wasza zbrodnicza działalność i zamordowanie z zimną krwią tamtych dwóch lwiątek – powtórzyłem. Byłem ciekawy jak zareaguje. Dobrze wiedziałem, że to moje lwy to zrobiły… ale na tyle sprytnie, by odpowiedzialność spadła na stado Sargona.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samotnik
avatar
Kolejne oszczerstwa. Może i byłem otoczony przez głupców, ale nie aż takich by zabijać niewinne lwiątka.
Gdy "władca" poluźnił mi więzy, wziąłem głęboki oddech w łapczywy sposób. "W końcu..." pomyślałem.
- Władcą? Raczysz kpić?
Korciło mnie by się zaśmiać aczkolwiek w aktualnym momencie nie był to najlepszy pomysł. Pysk nadal mnie pobolewał. Mane nie był typem flegmatyka. Sprawiał wrażenie takiego typowego nerwusa który wkurza się na kamień ze leży na ziemi.
- Jestem jedynie i aż doradcą. Znam moje stado, i wiem że oni by tego nie zrobili.
Byłem zimny, zdystansowany, nie okazywałem strachu. Właściwie to się nie bałem. W najgorszym wypadku dane mi będzie umrzeć. A w najlepszym spędzić tu jakiś czas. Lwy z mojego stada mnie już szukały. Prędzej czy później odnajdą trop...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cierń
avatar
Spiorunowałem więźnia wzrokiem, gdy jego odpowiedź okazała się być wybitnie nie na miejscu – tak bardzo, jak to chyba tylko było możliwe. Zacisnąłem szczęki mocniej – ledwo się powstrzymywałem, by się na pyskatego gówniarza nie rzucić, zakończając jego życie jednym, szybkim przegryzieniem mu gardła. Nie taki miałem plan – nie po to go tutaj sprowadzałem, by go od razu zabić. Bo jeśli już chciałbym go uśmiercić to w jakimś lepszym miejscu niż moja prywatna jaskinia. W takim, bym mógł z tego osiągnąć większe korzyści, kierując podejrzenia na odpowiednie lwy.
- Nie zrobiliby tego? Taki jesteś pewien swojego stada? – zasyczałem z pogardą – Jakoś wasi przeciwnicy, których lwiątka zginęły, uważają inaczej – przypomniałem mu – A co Twoje stado zrobi, jeśli zauważy brak Ciebie? – spytałem retorycznie, zawieszając głos na kilka sekund, aby ten się domyślił odpowiedzi – Tak, zaatakujecie waszych przeciwników, próbując Cię odbić… ale Ciebie tam nie będzie – wyjaśniłem mu, jeśliby ten się sam wcześnie tego nie domyślił. Zerknąłem mu w oczy próbując się domyślić, czy nadąża za moim tokiem rozumowania. Nie uważał mnie za władcę? Bo moje stado było mało liczne? Tak naprawdę zatajałem pełną liczbę naszych członków… a jak pozostałe dwa stada się wykrwawią we wzajemnej wojnie to ja przejmę władzę. Uśmiechnąłem się do niego złośliwie na myśl o dniu mojego zwycięstwa.
- Powiedzieć Ci pewną tajemnicę? – spytałem, zawieszając głos dla zwiększenia efektu dramatycznego – To my zabiliśmy te lwiątka – powiedziałem teatralnym szeptem, napawając się jego ewentualną reakcją. Tego się pewnie nie spodziewał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samotnik
avatar
No co jak co ale ten wzrok nie był najprzyjemniejszy. Mane był cwany. W końcu gdzie 2 się bije tam trzeci korzysta.
- Moje stado ruszy na poszukiwania jak każde rozumne ugrupowanie a nie stado idiotów korzystających jedynie z pazurów i kłów.
Parsknął cicho. Wiedział że nie ma teraz przewagi. Ale wolał oberwać niż pokazać to po sobie.
- Też mi tajemnica. Gdy tylko o nich wspomniałeś to było już jasne. Twój plan jest całkiem niezły. Ale aktualnie trwają pertraktacje. Przywódcy stad domyślą się ze chodzi o trzeciego gracza. Nikt nie jest takim idiotą by zabić lwiątka ze stada z którym się paktuje.
Nie było możliwości by nie zwrócili uwagę na stado Mane'go. Zresztą już było od dawna wiadomo, że jego dojście do władzy może zmienić rozkład sił.
- Co chcesz uzyskać na tym porwaniu? Bo już ustaliliśmy ze wojny nie rozpętasz. Za to jeśli wyjdą twoje zbrodne.... uuu... to i nawet twoje stado może się Ciebie wyprze.
Cmoknął cicho jakoby z troską. Liczył na to ze w końcu wyprowadzi z równowagi lwa.
To była walka psychologiczna. Kto pierwszy pęknie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cierń
avatar
Pokręciłem przecząco łbem, uśmiechając się złośliwie do mojego więźnia.
- Naprawdę wierzysz w to co mówisz? Że mimo tych dwóch incydentów, obie strony zachowają rozsądek i będą starały się znaleźć pokojowe rozwiązanie? – wypuściłem powietrze z pogardą i ponownie pokręciłem łbem – Jeśli tak myślisz to jesteś idiotą. Mylisz się. Bardzo się mylisz. Od dawna podsycam niepokoje, zwiększam wzajemną nieufność, powoduję coraz większe napięcia. Wasi wrogowie stracili dwa lwiątka – nie będą się kierować logiką tylko emocjami. A te po tym, jak młode straciły życie, są rozgrzane do czerwoności, niczym słońce w południe. A władca Twojego stada? Dobrze wiesz, jak bardzo jest niedoświadczony. Myślisz, że podejmie rozsądną decyzję, gdy zabrakło mu doradcy? – dopytywałem się, złośliwie się do niego uśmiechając – Tak, moi szpiedzy mi donieśli, jak wielką miałeś rolę w łagodzeniu konfliktu. Brak Ciebie… to początek wydarzeń, których nikt nie powstrzyma. Punkt przełomu, zza którego nie ma powrotu – wyjaśniałem mu z wyraźną satysfakcją w głosie. Może i dla niego plan był jasny, jak mu go wyjaśniłem. Dla lwów działających pod wpływem emocji taki na pewno nie był.
- Tak że mylisz się, że wojny nie rozpętam. Wojna wcześniej wisiała na włosku – teraz sprawy się potoczą swoim rytmem. A ty? Ty nic nie możesz zrobić – oznajmiłem mu, próbując mu to wyjaśnić. Chciałem, by poczuł gorycz porażki – A co? Masz wyrzuty sumienia, że nie przewidziałeś tego? Że nic nie zrobiłeś? Że zawiodłeś jako doradca? A teraz z powodu Twojej niekompetencji wiele lwów zginie? – dopytywałem się, złośliwie się uśmiechając – Chociaż masz o tyle dobrze, że może nie będzie Ci dane dożycie tego. Oficjalnie… to w zasadzie już nie żyjesz. Wasi przeciwnicy Cię zabili z zemsty za lwiątka – taka jest wersja, w która wszyscy uwierzą. Ciała nie ma… ale może się znaleźć. Twoje szczątki możemy gdzieś rozrzucić na ich terenie. Ale… ale równie dobrze mogę Cię zostawić przy życiu, jeśli okażesz się być mi przydatny – oznajmiłem, uważnie się przypatrując jego reakcji. Groziłem mu śmiercią? Chyba nie musiałem. Jeśli rzeczywiście był dobrym doradcą to powinien już dawno zrozumieć, że żywy stąd nie wyjdzie. Zwłaszcza po tym, co mu powiedziałem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samotnik
avatar
Wewnątrz już mnie wyprowadził z równowagi. Jednak w oczach dalej był tylko ten błysk stali, ta pewność siebie.
Stado było faktycznie pełne niekompetentnych prostaków i jako jedyny dawałem rady ich uspokajać. Jednak Mane nie miał pojęcia o tym że nakazałem kilku silnym samcom napaść na jego stado. Czemu? Czułem że trzeba ich dobić zanim znów staną się niebezpieczni. I tu właśnie doszło do tego starcia dwojga genialnych umysłów. Z tym że to ja potrafiłem być chłodno kalkulującym, a on...on powoli dążył ku upadkowi.
Paniczny wręcz popęd do władzy... to była wielka słabość Mane'go.
- Będą walczyć. Wszystkich nie uratuje. Jednak jestem od Ciebie wbrew pozorom silniejszy. Ja się śmierci nie boję...a ty?- uśmiechnąłem się szczerząc szeroko kły. Kpiłem z niego jednocześnie zadając ważne pytanie.
- Lękasz się śmierci Mane?
Być przydatnym... dla tej szumowiny? Ja? On zaprawdę kpił. Miałem swój honor. I pewne cele. Umów dotrzymywałem, a takimi jak on gardziłem. Powstrzymałem się przed kolejnym splunięciem.
Śmierć czy nie.... nikt nie wie co kryje przyszłość. Ale Mane za to porwanie... za to co namieszał. Był winny zapłaty. A co jak co. Ja jestem mściwy.
- Nie żyję. Czyli nie mam nic do stracenia. Zrobiłem co mogłem. Teraz nic nie mogę uczynić, lecz skąd możesz wiedzieć czy nie przewidziałem więcej niż ty się spodziewałeś? Hmm?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cierń
avatar
Byłem wyraźnie rozczarowany, że nie udało mi się wyprowadzić z równowagi swojego więźnia. Byłem pewien, że ten po wszystkich tych słowach się porządnie wścieknie, ale jak widać nie doceniłem jego zdolności samokontroli i świetnego opanowania. Tego mogłem mu tylko tego pozazdrościć.
- Jesteś silniejszy? – zdziwiłem się. Tu mnie zaskoczył. Był zwinny, ale mocniejszy to chyba byłem zdecydowanie ja. Zawahałem się słysząc jego słowa. Czy bałem się śmierci? Dobre pytanie. Ale chyba… chyba tak. Śmierć była końcem wszystkiego. I oznaczała kres moich marzeń o pełni władzy. Byłem gotów wiele rzeczy poświęcić, aby do niej dojść. Również życie wielu lwów… ale wielu lwów a nie swoje.
- Może i się lękam – odpowiedziałem po dłuższej chwili – Ale śmierć nie jest czymś, co mi grozi. To raczej ty się ocierasz o śmierć i w każdej chwili możesz zginąć – stwierdziłem, by odwrócić jego uwagę od siebie a skierować ją na niego, przypominając mu, że przecież nigdy więcej nie zobaczy wschodu słońca, bo nigdy stąd nie wyjdzie. I lata moment może umrzeć.
- Nie jest prawdą, że nie masz nic do stracenia. Możesz długo cierpieć. Możesz umierać powoli. Możesz też być przydatny i żyć w niewoli jako moja… maskotka, moja zabawka. Wszystko zależy od Ciebie – oznajmiłem mu, podchodząc bliżej do niego i głaszcząc go łapą po łbie.
- Gdybyś coś więcej przewidział, to byś nie leżał spętany na posadzce – oznajmiłem mu – A teraz lepiej powiedz mi co wiesz o waszej liczebności i miejscu stacjonowania poszczególnych grup – poleciłem mu. Dość jasno od początku dawałem mu znać, że mam wielu szpiegów w jego stadzie i było to prawdą. Nie wiedziałem jednak wszystkiego i potrzebowałem reszty informacji. Jednocześnie jednak wiedziałem na tyle dużo, by być w stanie wychwycić jego ordynarne kłamstwa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samotnik
avatar
Mane rozumiał wszystko dosłownie. Kolejna przewaga dla mnie.
- Silniejszy duchem. I umysłem "władco".
Fakt faktem, po rodzicach odziedziczyłem w lwiej części inteligencję, lecz jeśli chodzi o siłę.... nie zostałem zbyt hojnie obdarzony. Co w tej sytuacji i tak wiele by nie zmieniło. Skrępowany nie miałem szans na walkę.
Przemilczałem przypomnienie o bliskości śmierci. Nadal wierzyłem że odpowiednia skrytość prywatnych planów wobec stada się zwróci i prędzej czy później mini-oddział bojowy zasieje zamęt w stadzie Mane'go.
Problemem było to, co się stanie do tego czasu...
- Pogłaskaj mnie jeszcze raz to może ci powiem. - zaśmiałem się wewnętrznie. Gdyż złościłem go wystarczająco by jeszcze kpinę pokazywać dosadniej, w sytuacji gdy i tak ukazywałem ją dosyć wyraźnie. A nie działało to na ma korzyść.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cierń
avatar
Spiorunowałem wzrokiem więźnia, gdy ten mi tłumaczył coś, co tuż przed chwilą zrozumiałem. Czy w sposobie tytułowania mnie kryła się ironia? Podejrzewałem, że tak mogło być, chociaż póki co postanowiłem to przemilczeć, nie rzucając się na niego z kłami a udając, że tego nie zauważyłem. Ale gdy ten ewidentnie zaczął mnie prowokować to tego już nie mogłem zignorować. Wyciągnąłem pazury i drapnąłem po łopatce spętanego, leżącego na boku lwa. Nie wkładałem w to zbyt wiele siły, by rana nie była głęboka i bolesna. W końcu to miało być tylko ostrzeżenie. Póki co.
- Dobrze Ci radzę nie zaczynaj ze mną. Nie wkurzaj mnie! Bo kolejne pogłaskanie może nie być takie delikatne! – ryknąłem na niego nisko, niezbyt głośno – Będziesz mówił czy nie? Nie zamierzam Cię oszukiwać mówiąc, że wyjdziesz stąd żywy, jak powiesz wszystko co wiesz, bo dobrze wiesz, że nigdy nie odzyskasz wolności. Ale skoro i tak masz tutaj zginąć… to chyba lepiej pożyć jeszcze jakiś czas i uniknąć tortur. Więc lepiej mów, co wiesz! – rozkazałem mu, wpatrując się mu wyzywająco w oczy. Lepiej dla niego, by pokornie spuścił wzrok, pokazując swoje poddaństwo a nie próbował dalej grać twardziela, bo dobrze może się to dla niego nie skończyć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samotnik
avatar
Mane swym zachowaniem naruszył wszelkie bariery jakie kryła sobie moja psychika. Strefa komfortu była już dawno nadszarpnięta. Irytujace zachowanie jako broń było jedynie pierwszym objawem. Gdy tylko zadał mi pierwszą ranę, zamiast syknąć z bólu, zacząłem się śmiać. Śmiać prosto mu w pysk.
Każdy cios był moim małym zwycięstwem. Jeżeli czekała mnie faktycznie niechybna śmierć, to pozostawało mi już jedynie trochę cierpień. A im bardziej mnie miał zmasakrować, tym szybciej mogła nastąpić. Co niejako stało się moja korzyścią.
- Po co mam żyć? Zresztą jakim musisz być naiwnym lwem jeżeli liczysz że powiem ci prawdę! Śmiało, uderz mnie, uderz!
Czekałem na to. Każdy cios, moim małym zwycięstwem.
- To stado jeżeli mnie nie uratuje to nie jest warte funta kłaków. A ty? Powiedz. Ty mi powiedz kim jesteś. Kim jesteś by wetować nad mym żywotem. Nie dam ci tej satysfakcji. Nie będę się korzył. Za to powiem ci coś - jesteś jedynie katem, nie żadnym władcą.
Nagły atak odwagi targnął mym ciałem. Byłem pewny ze nawet jeśli jakoś ucieknę, to prędko się z obrażeń nie wyleczę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cierń
avatar
Zadałem mu ranę, spodziewając się, że to mu uzmysłowi, w jakiej znajdował się sytuacji, ale jeśli liczyłem na jego rozsądek to chyba się myliłem. Dobrze wiedziałem, że po takim draśnięciu nie zacznie skomleć z bólu i błagać mnie o litość… no ale powinien chociaż zaprzestać prowokowania mnie… a ten nie tylko nie zaprzestał takich autodestrukcyjnych zachowań, ale wręcz je zintensyfikował, wybuchając głupawym, bezsensownym, niczym nie popartym śmiechem.
- Po co masz żyć? Ciekawe pytanie. Owszem, nigdy nie odzyskasz wolności, więc niejako Twoje życie nie ma sensu. Ale… ale wciąż zostaje ten instynkt przetrwania, właściwy dla wszystkich organizmów żywych. Chęć przeżycia, za wszelką cenę. Więc może bycie… moim niewolnikiem, moim popychadłem, moim zwierzątkiem domowym, na którym będę mógł się wyżyć, jeśli tylko będę chciał, nie jest w sumie takie złe? – spytałem – I nie, nie jestem naiwny wierząc, że powiesz mi całą prawdę. Ale ty też chyba nie jesteś naiwny i wiesz, że jednak mam sporo informacji o Twoim stadzie, więc łatwo rozpoznam kłamstwa. Nie wiesz, co wiem a czego nie wiem, więc lepiej mów prawdę bo inaczej… bo inaczej miło nie będzie! – ostrzegłem go. A skoro sam zachęcał, to uderzyłem go łapą w łeb. Tym razem mocno, ale bez wysuwania pazurów.
- Stado powinno Cię uratować? Masz bardzo roszczeniowy stosunek do niego. A może to Twoja wina, jeśli Cię stado nie uratuje? Byłeś doradcą, odpowiadałeś za nie a tak je przygotowałeś do nadchodzącego konfliktu – wypomniałem mu – Ja… ja jestem władcą stada. Trzeciego, najmniejszego. A przynajmniej takie było jeszcze jakiś czas temu. Po waszej wojnie, będzie największe! – zapowiedziałem mu – Prowokujesz mnie? Chcesz, bym Cię od razu zabił? Ale… ale chyba nie dam Ci tej satysfakcji – nagle podjąłem decyzję – Chcę, byś patrzył jak Twoje stado się wykrwawia w trakcie bezsensownej wojny. Chcę byś widział, jak wasza siła spada a moja potęga rośnie. Chcę byś był świadkiem, jak dojdę do władzy. Doradca, przez którego jego własne stado upadło. I podnóżek nowego władcy całej krainy. Tym będziesz! – zapowiedziałem mu. Byłem oszalały na punkcie władzy? Łaknąłem potęgi? Owszem, i nie widziałem w tym niczego złego.
- Ale to, że Cię zostawię przy życiu, nie oznacza, że nie będziesz cierpiał. Ciekawe, jakbyś chodził bez jednej łapy. Może bym Ci jedną odgryzł? Do której jesteś najmniej przywiązany? – spytałem poważnym tonem, zbliżając pysk do jego przednich łap i otworzyłem szeroko pysk, jakbym miał na nich zatrzasnąć szczęki… po czym wybuchnąłem śmiechem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samotnik
avatar
Są takie momenty, często krótkie, w życiu. Gdy robisz coś o co byś się nie posądził. I cóż, mnie ta chwila zdefiniowała. Jeżeli można się śmiać śmierci w pysk, to ja to właśnie czyniłem. Płaciłem za to bólem.
- Przysięgam ci że jeżeli istnieje jakikolwiek absolut, lub nawet los podaruje mi łut szczęścia, to kiedyś Cię odnajdę i pomszczę każdą zniewagę. Twoje zwłoki będą gniły przytwierdzone do najbardziej plugawego drzewa a wisieć będziesz na własnych flakach. - stwierdziłem spokojnie, tonem beznamiętnym i zimnym tak bardzo, że gdyby mógł to duszę Mane'go by skuł a następnie posypała by się ona w drobne kawałeczki. Jeśli Mane w ogóle ją posiadał.
- Aktualnie jestem przywiązany do wszystkich czterech twoimi lianami pięknisiu. Odgryź jakąkolwiek a stanie ci w gardle.
W myśli dodałem - " Obyś się bydlaku udławił".
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cierń
avatar
Uważałem się za lwa twardo stąpającego po ziemi, którego życie dość dokładnie było planowane. Tak, naprawdę sporo czasu poświęcałem, by rozważyć wszelkie możliwości, wszystkie plusy i minusy każdej możliwej ścieżki postępowania, aby być pewnym, że ta którą wybrałem, okaże się być najlepsza. Tak jak i teraz. Mogłem spokojnie żyć jako jeden z lwów będących w najsłabszym stadzie… ale mogłem je jeszcze osłabić, pozbawiając dowódcy, aby zając jego miejsce, a następnie osłabić inne stada, celem przejęcia władzy nad całą krainą. Więc mi rzeczy, o które bym się nie posądził, w zasadzie się nie zdarzały. Tak samo jak wiara w jakieś brednie, typu wspomniany przez mojego więźnia absolut.
- Naprawdę wierzysz, że coś takiego istnieje? – spytałem, nawet nie ukrywając pogardy, jaką miałem w stosunku do tych, pokładających ufność w… właśnie w jakichś takich absolutach – Los, łut szczęścia… lwy, które pokładają nadzieję w podaniach ludowych źle zwykle na tym wychodzą. „fortuna favet fortibus” a nie jakieś pierdolenie, że ktoś Ci w czymś pomoże – odpowiedziałem mu – Grozić to sobie możesz… ale to jedyne, co jesteś w stanie zrobisz. Naprawdę wierzysz, że wyjdziesz stąd żywy? To, czy przeżyjesz dzisiejszy dzień, to tylko moje widzimisię. Mogę Cię zabić… albo pozwolić Ci żyć dalej. A ty? Ty o niczym nie decydujesz. I jak się z tym czujesz? Ten, który doradzał innym, jak mają rządzić całym stadem, a teraz nie mogący nawet decydować o sobie? – naigrywałem się z niego i walnąłem go kolejny raz łapą w pysk, gdy zaczął mnie dalej obrażać.
- Wiesz co? Każdego innego lwa to bym już dawno kazał zabić za takie słowa. Albo w najlepszym wypadku wybatożyć, pozbawić oczu, grzywy i ogona. Ale ty… na swój sposób mnie intrygujesz. A to nie za dobrze dla Ciebie. Mogę sprawić, że będziesz umierał długo i powoli. Albo pozwolę Ci żyć w charakterze mojej maskotki – zastanawiałem się na głos po czym bez ostrzeżenia ugryzłem go w łopatkę a następnie w zad. Nie były to mocne ugryzienia, raczej uszczypnięcia. Tak, by go zabolało, ale by jednocześnie obyło się bez ran. Póki co. Nie chciałem by mi się zbyt szybko wykrwawił. Na swój sposób sprawiał mi sporo radości.
- Wiesz co… myślę, że można z Ciebie zrobić… taki eksperyment. Ile lew jest w stanie cierpieć zanim sam zacznie błagać o śmierć. Co ty na to? – spytałem, chwytając następnie go za koniec ogona, by go za niego pociągnąć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samotnik
avatar
Byłem twardy, ale skłamałbym twierdząc, że słowa Mane'go mnie nie ruszały. Byłem wściekły na stado które mnie zawiodło i jak zawsze było zbyt nieposłuszne. Moja siła umysłu nie jednokrotnie mogła ich ratować a mimo to nadal nie słuchali. Cieszyło mnie tylko to że Mane może i starał się mnie wpędzić w poczucie bezsilności, co wcale mu się nie udawało. Cały czas wszystko zależało od ilości okazji.
Okazja czyni złodzieja.
Okazja mogła uczynić mnie zwycięzcą.
A na razie pozostawało przyjąć to co podarował los. W tym przypadku bycie maskotką.
- Błagać? Powodzenia. Twoje ambicje są tak ogromne iż zaczynam martwić się aby cię nie zmiażdżyły.
Steknąłem z niezadowoleniem gdy pociągnął mnie za ogon. Powoli jego zachowania stawały się coraz bardziej uprzykrzające.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cierń
avatar
Mówiłem, gadałem, przekonywałem swojego więźnia, ale ten zdawał się mnie kompletnie nie słuchać. Jakiś głuchy był? Na pewno nie mogłem powiedzieć, by był głupi – w końcu wiele słyszałem od swoich szpiegów na temat jest zdolności analitycznych. Zresztą dlatego zdecydowałem się go zgarnąć – musiałem go powstrzymać, nim mnie przejrzy. Głęboko wierzyłem, że był jedynym lwem w całej krainie, który był w stanie rozszyfrować mój plan i na szczęście dałem radę go schwytać, nim do tego doszło. A teraz… cóż, był już w moich łapach. Należał do mnie! Zaśmiałem się, słysząc jego pewność siebie.
- Wiesz, możesz sobie myśleć, że nie dam rady Cię złamać… ale każdy ma jakąś wytrzymałość, jakiś próg, przy którym pęknie. Jesteś pewien, że nie dam rady? To Cię zabiję. Zabicie Cię będzie świadczyło o tym, że przegrałem… ale chyba marne to dla Ciebie pocieszenie, skoro wtedy umrzesz? – dopytywałem się, podkreślając na każdym kroku nieuchronność jego losu. Taki fatalizm – każda ścieżka prowadziła do złego końca. Mógł się poddać, co by oznaczyło znudzenie mi się i śmierć… albo nie poddawać i cierpieć dopóki też się nim nie znudzę i go nie zabiję. Los nie do pozazdroszczenia.
- Ale wiesz co? Jak mam być już szczery, to muszę jedną rzecz przyznać. Twój opór robi wrażenie – pochwaliłem go, wodząc pyskiem po jego grzbiecie, od czasu do czasu podszczypując go po nim boleśnie – Szkoda, że wybrałeś złą stronę i nie byłeś moim doradcą. Ktoś taki jak ty by mi się przydał – oznajmiłem mu, kierując pysk do jego ucha. Chwyciłem je, lekko je ssąc, jakby był jakąś samicą, po czym gwałtownie za nie szarpnąłem, nadrywając je. Miałem nadzieję, że drań będzie miał na tyle przyzwoitości, że nie zacznie mnie przekonywać, że zmieni stronę. Tak głupi nie byłem, by uwierzyć w tego typu brednie.
- Oj, boli uszko? – spytałem rozbawiony, przejeżdżając jęzorem po jego ranie, zlizując krew – A to dopiero początek – dodałem, wybuchając śmiechem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samotnik
avatar
Ciagnął wciąż swoje wywody, ukazywał swą wielkość jakby sam w nią nie wierzył. Nie robił na mnie wrażenia a czułem sie tak jakby bezwzględnie tego pożądał. Czyżby jednak mnie po cichu doceniał?
Cieszyło mnie niezmiernie gdy przyznał że zabicie mnie będzie jego porażką. I w głębi na pewno czuł że nie złamie mnie. To było niemożliwe. A już na pewno nie siłą. By mnie złamać należało mi wszystko odebrac... ale przecież ja nic nie miałem. Stąd- byłem niezłomny.
- Śmierć czeka nas wszystkich. Prędzej czy później Ciebie również. Może z łap kogoś bliżej niż myślisz.
Śmerć... byłem z nią oswojony. A on nie. Ja czułem że jestem gotowy by umrzeć. Skoro i tak żyłem w tak upodlonej krainie... cóż do zatęsknienia?
Milczałem gdy on prawił swe przemowy. Czekałem i wpatrywałem się mu prosto w oczy lodowatym spojrzeniem.
Szarpniecie za ucho... co za... Ahh. Porazka.To było poniżej mej godności. Okropne.
I do końca życia ma mi taka pamiątka pozostać? Okropne zaprawdę.
- Szumowina.... - rzekłem jedynie zaciskając kły.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cierń
avatar
Pokręciłem przecząco pyskiem w odpowiedzi na słowa mojego więźnia i przekręciłem oczami.
- Ale nie wygłaszaj mi tutaj truizmów. Owszem, śmierć czeka nas wszystkich. Ale różnica jest taka, że Twoja może nadejść chociażby dzisiaj, jeśli tak postanowię. A mnie czeka długie życie spędzone na rządzeniu całą krainą – wyjaśniłem mu subtelną różnicę – Mylisz się – śmierć z łap bliskich osób mi nie grozi. Umiem wychwycić ambitne osobniki i posłać je na pewną śmierć. O mnie się nie martw – dodałem. Owszem, bałem się śmierci. Była końcem mojego snu o potędze. Ale nie wierzyłem, że może się mi przytrafić. Uważałem ją za coś, co zdarza się innym. Zsyłałem ją na wiele innych lwów ale ja? Ja nie mogłem umrzeć! Ja miałem rządzić całą krainą!

Naderwałem mu ucho i zaśmiałem się, gdy ten zareagował na to mało wyszukaną obelgą. Pokręciłem przecząco łbem.
- Mógłbyś bardziej się postarać – stwierdziłem – Wymyśl coś bardziej… ciekawego. Zaskocz mnie jakimś epitetem – poleciłem mu i by go zachęcić do wysiłku, chwyciłem również drugie jego ucho w pysk, delikatnie je podgryzając. Spodziewał się szarpnięcia i naderwania? To się zdziwił, bo po chwili je wyplułem, a zamiast tego chwyciłem pęk grzywy i gwałtownym szarpnięciem go wyrwałem. Bolesne… ale nie pozostawiające większych konsekwencji. Uważny lew mógłby pewnie dojrzeć ubytek, dopóki ten za kilka miesięcy nie odrośnie.
- Czyli co? Nie zdradzisz mi niczego? Żadnych tajemnic swojego stada? Mimo, że Cię zawiedli? – dopytywałem, wodząc pyskiem po jego łopatce i przednich łapach. Od czasu do czasu go szczypałem – bardziej irytująco niż boleśnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samotnik
avatar
- Świat jest pełen krawędzi. A ty jesteś jak krągły kamyczek. Nigdy nie wiesz z której spadniesz.
Nie zamierzałem go słuchać, a raczej - być mu posłusznym. I to żaden możliwy sposób. Nie miałem ku temu nawet najniklejszego czy błahego powodu. Zwyczajnie pragnąłem by to się skończyło ale tak, by nie dać żadnej satysfakcji Mane'mu. Niestety każda minuta dłużyła się niemiłosiernie. I czekać mnie to miało przez cały następny tydzień.
Każde szarpnięcie czy kpina... było niemiłosiernie irytujące. I ta niepewność... odgryzie czy nie? Szarpnie czy nie?
Grzywa... tykał się kolejnych ważnych dla każdego lwa rzeczy. Pozostawało to ścierpieć.
- Cóż za przenikliwość. Długo ci zajęło zanim to do ciebie dotarło. Możliwe że jednak cierpisz na jakiś co najmniej lekki debilizm. Ale nie martw się. Nie każdy może mieć honor czy zasady które pochodzą od wysokiego poziomu inteligencji jak w moim przypadku pokrako.
Splunąłem ponownie po czym z uśmiechem czekałem na kolejne uderzenia i szarpnięcia.... Czekałem na egzekucje.
Ile to miało trwać...? Kto to wiedział... Mane uważał że do końca mych dni. Lecz mylił się. Oj jak się mylił. Bo los jest przekorny. Bardzo przekorny.
Ten kto jednego dnia wcina świeżą zwierzynę następnego może być konsumowany. A Mane... młody i naiwny. Wierzył że wszystko przewidzi.
Kto wie, gdybyśmy byli współpracownikami... mogliśmy faktycznie podbić całe krainy. Ale tak... jego pewność siebie go zaćmiła. I to była jego największa słabość. A mi pozostało czekanie. Czekanie na okazje. Której nie zmarnuje.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cierń
avatar
Spiorunowałem więźnia wzrokiem. O co mu chodziło z jakimiś kamyczkami? Chyba ciężko było się mi domyślić.
- Tak, jestem jak kamień. Nie boję się upadku, bo jestem twardy. I nie boję się krawędzi, bo im krawędź jest ostrzejsza i twardsza, tym prędzej się ukruszy i oszczerbi od spadającego kamienia – odpowiedziałem mu… chociaż nie było to do końca prawdą. Byłem pewny sukcesu, wierzyłem, że mi się uda… ale samo dopuszczenia możliwości porażki czy śmierci… chyba mnie przerażało. Musiałem wygrać! Musiałem przejąć władzę!

Wodziłem pyskiem po jego ciele, podgryzałem go, podszczypywałem, nawet naderwałem mu grzywę, ale ten nie sprawiał wrażenia, jakby mu to jakoś bardzo przeszkadzało. Poleciłem mu wymyślić ciekawy epitet i tylko pokręciłem przecząco łbem.
- Słabo, bardzo słabe. Tak lwiątka się mogę wyzywać od „idiotów” czy „debili”. Myślałem, że Cię stać na coś… bardziej wyszukiwanego. Zawiodłem się – oznajmiłem mu całkowicie szczerze. Cóż, do zbyt inteligentnych nie należał. A podobno taki świetny był z niego doradca – A brak honoru i zasad to w twoim pysku zaleta czy wada? Bo nie wiem, czy pochwalić Cię za komplement czy wyśmiać za wyjątkowo nieudolne pejoratywne określenie? – dopytywałem rozbawiony. On się mylił. Z inteligencji nie biorą się honor i zasady. Inteligencja pozwala naginać honor i zasady do swoich celów. I wykorzystać honor i zasady innych lwów dla własnych korzyści.
- Myślę, że spotkanie na dzisiaj można uznać za skończone. Do zobaczenia wkrótce – oznajmiłem mu, zaciskając ponownie liany na jego pysku. Następnie wyszedłem.


Kolejne dni wyglądały podobnie. Większość czasu spędzałem na knuciu i zaognianiu sytuacji. Udawało mi się to z różnym skutkiem. Sargon miał rację – stada nie rzuciły się sobie do gardeł po jego zniknięciu. Musiał jednak zostawić jakieś wskazówki, bo wszyscy postępowali nadzwyczaj rozważnie. Jednak gdy kolejna lwica została zabita po jednej stronie, a lew po drugiej stronie został pozbawiony przytomności przez nieznanych sprawców i wykastrowany, to zaczynało wrzeć przy granicy. Te dwa incydenty były spowodowane przeze mnie – jeden bezpośrednio, w drugim moje lwy tylko namawiały jakichś gorliwych młodzików. Kolejne nawet nie musiałem prokurować. Stada same zaczęły zaogniać sytuację i lada dzień mogłem się spodziewać wybuchu otwartej wojny.

Mimo wielu zajęć, dalej odwiedzałem swojego więźnia, który był przetrzymywany w dobrze strzeżonej jaskini i zgodnie z moimi rozkazami pojony i karmiony. Jakoś lubiłem z nim rozmawiać. Chyba z mało którym lwem mogłem szczerze gadać – z nim miałem taką okazję, bo dobrze wiedziałem, że jego życie się wkrótce skończy. No i podobało mi się, że nie próbował mi mówić fałszywych pochlebstw. Wiedział, że nawet jeśli w nie uwierzę, to wiele nie zmieni w jego sytuacji. I tak miałem go wkrótce zabić.

Wszedłem do pomieszczenia a strażnik zablokował za mną wejście jakimiś deskami i drągami.
- Witam ponownie. Rano trzy dwuletnie lwy z Twojego stada pobiły jakiegoś starszego lwa przeciwników za to, że wczoraj jakaś lwica z Twojego stada została zgwałcona. I w obu tych wydarzeniach nie maczałem pazura. Przynajmniej nie bezpośrednio – pochwaliłem się – Widzisz? Wojna wkrótce wybuchnie a później przejmę władzę. A ty? Dalej będziesz tutaj więziony, aż nie zdecyduję się Cię zabić – oznajmiłem mu, podchodząc bliżej do niego i poluźniając liany obwiązujące mu pysk, by mógł swobodnie rozmawiać – Masz szczęście, że Cię lubię. Bo już dawno bym Cię zgładził – dodałem, klepiąc go po łbie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samotnik
avatar
Faktycznie... czas mijał. I gdy około tygodnia później Mane zawitał do groty dostojnie spojrzałem na niego. Mój pysk był cały posiniaczony ale nie zważałem na to. Uśmiechałem się doń. Bo czemu by nie? W końcu jeszcze żyłem, a nawet bawiło mnie to jak walczył o zaognienie sytuacji. Jak zabiegał o to by mieć racje. Jak bardzo zależało mu na tym by... mieć racje.
Przypominał małe lwiątko potrzebujące poklasku. Pochwały. Zapewne nie znał ojca. Może nawet był wynikiem gwałtu.
To by wiele tłumaczyło.
- Wkrótce wybuchnie wojna. Wkrótce. Zaiste optymista z ciebie, niepoprawny. - wyszczerzyłem kły do niego w błogim uśmiechu.
- O ile mnie świadomość nie myli mija już tydzień... a może i dłużej tu jestem? Tak czy inaczej, nadal wojny nie ma. Miło że mi to mówisz. Kolejny punkt dla mnie Mane, i to nawet nie ruszając zadu z tej obskurnej nory. Daje ci takie fory ale ty nie potrafisz stworzyć jednego konfliktu, jednej wojny. Mizernie, mizernie. - z pyska nie schodził mi szelmowski uśmiech. Zabawne. W każdej chwili mogłem zginąć... a czułem się zwycięzcą. Nawet... nawet może i odrobinę współczułem Mane'mu?
Mój przyjaciel wróg. Tak... Tak było....
- Ja też Cię lubię Mane. Lubię Cię i to chyba twoja kolejna porażka. Twoja ofiara nawet Cię nie darzy nienawiścią.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cierń
avatar
Za każdym razem jak wchodziłem do Sargona, dziwił mnie jego dobry humor i dostojeństwo, jakie utrzymywał. Uważałem, że już dawno powinien popaść w apatię, załamać się i oczekiwać śmierci, a ten w dalszym ciągu się nie poddawał. Cóż, byłem pewien, że w końcu zmieni podejście. To była tylko kwestia czasu. Zdziwiła mnie również jego uwaga.
- Cóż, wszystko wskazuje, że do wojny jest coraz bliżej. Sytuacja się zaognia i nie są to tylko opinie moje, moich szpiegów, agentów i doradców. Wynika to wprost z matematyki i statystyki. Liczby potwierdzają moje prognozy. Nie wiem, czy otwarta wojna wybuchnie za dzień, tydzień czy miesiąc, ale w końcu do tego dojdzie. To niezaprzeczalne – odpowiedziałem mu, nie przejmując się jego uwagami. Jak na to, że odciąłem go od wszelkich form kalendarza, to nadzwyczaj dobrze orientował się, jak upływa czas.
- Dajesz mi… fory? Chyba nie masz innego wyjścia. Mizernie? Najmniejsze stado doprowadziło na skraj konfliktu dwa duże. To nazywasz mizernymi efektami? – broniłem się… chociaż w sumie chyba nie powinienem się bronić. Nie powinna mnie obchodzić jego opinia, ale jak widać obchodziła mnie znacznie bardziej niż się tego spodziewałem.
- Lubisz mnie? A czemu to porażka? Jesteś moim więźniem, nie ofiarą. Nie potrzebuję, byś mnie nienawidził. No i nie wiem czy to nie jest normalne, że ofiary po jakimś czasie zaczynają lubić porywacza – dodałem – A czy porywacz lubi ofiarę? To chyba nie ma większego znaczenia. Znasz już mnie dość dobrze i wiesz, że nie miałbym problemu z poświęceniem, w znaczeniu z zabiciem kogoś, kogo lubię – stwierdziłem, wodząc pyskiem po jego grzbiecie a na końcu chwytając jego sprawne ucho w pysk, delikatnie je ssąc i w końcu wypluwając.
- Wiesz, że kiedyś je również naderwę a może nawet całkiem odgryzę? – zapewniłem go luźnym tonem, jakbym rozmawiał o pogodzie a nie o kaleczeniu więźnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samotnik
avatar
Pokręciłem głową z pobłażaniem na tłumaczenie o "niezaprzeczalności" z ust Mane'go.
- Zaiste. Na pewno tak będzie. - odparłem po czym położyłem głowę na ziemi bo już byłem zmęczony zadzieraniem jej w górę. Ziewnąłem bezwiednie. Przez te dni miałem sporo czasu do przemyśleń. Jedno było pewne, z punktu widzenia osoby takiej jak ja, brak działań by mnie uratować i to natychmiastowo ze strony stada był... nietaktowny. Więcej, był karygodny i wiedziałem że jeżeli to przeżyje to nie zamierzam dłużej tam siedzieć.
Tymczasem niebieskooki chwalił się dalej - A ile chciałeś stad skłócić? Jedno? wiadomo że dwa to minimum do wojny. Poza tym podżeganie do wojen to prymitywna metoda... - przeciągnąłem ostatnie słowo aż przekształciło się w kolejne ziewnięcie.
- No co ja Ci poradzę. - podrapałem się łapą na tyle na ile mogłem będąc związany.- Nie radzisz sobie.
Westchnąłem. Miał racje, nie miałby problemu z zabiciem bliskiego. Ale czy to zaleta czy wada? Ostatecznie nikt nie czuł się przy nim pewnie. Morale i tym podobne "bzdety" jaśnie oświeconego Mane'go nie obchodziły.
Dysonans jaki tworzyły podejścia jego i moje...  był spory.
- Zawsze jest szansa - powiedziałem mlaskając znudzony - że się udławisz. Pociesza mnie ta myśl.

Moje oczy nawet nie były do końca otwarte, lecz zmrużone. Odpoczywałem na tyle na ile mogłem, choć raczej oszczędzanie sił było lepszym określeniem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cierń
avatar
Spiorunowałem więźnia wzrokiem, gdy ten w dalszym ciągu wyrażał sceptycyzm co do powodzenia mojego planu, i to mimo całej argumentacji, jaką mu przedstawiłem. Owszem, mogłem do niego doskoczyć i siłą go przekonać, że mam rację. A mogłem go nawet zabić, ale tak jak było już mówione kilka dni temu, świadczyłoby to tylko o mojej przegranej. A dalej miałem nadzieję, że go złamię i zmuszę do posłuszeństwa.
- Prymitywna? Nie nazwałbym tego w ten sposób. Prymitywną metodą byłaby walka. Jak mówił wielki lew Sun Tzu, najlepsza droga do zwycięstwa to nie walczyć – doprowadzić do tego, by inni walczyli za siebie. Największe przegrane to takie, jakie odnosi się bez ofiar, bez strat a więc i bez walki – wyjaśniłem mu. Jeśli dla niego mój pomysł był prymitywny, to nie miałem pojęcia, jaki by uznał za lepszy. A może… może nie było lepszego? Miałem wrażenie, że od początku próbuje mną manipulować. Czyżby oczekiwał, że zacznę go wypytywać o rady, otwierając się w jeszcze większym stopniu na jego oszustwa? Niedoczekanie! Nie miałem zamiaru dać się nabrać! Dlatego też ignorowałem jego oszczerstwa, że sobie nie radzę.

Uśmiechnąłem się w odpowiedzi na jego słowa.
- Udławię? Raczej nie masz co na to liczyć. Ale… ale jedno w Tobie… chyba podziwiam. To odwaga, że mówisz takie rzeczy? A może skrajna głupota? Nie jest to zbyt rozsądne… chyba, że i tak nie robi Ci to dużej różnicy, skoro wkrótce umrzesz? – stwierdziłem, zastanawiając się nad czymś przez chwilkę.
- Tak, muszę przyznać, że na swój sposób Cię lubię. Podobasz mi się. Gdybyś nie był moim więźniem, może nawet spędzilibyśmy przyjemnie jakąś noc – wyznałem mu, ponownie wodząc pyskiem po jego grzbiecie – Chociaż w sumie dalej możemy się trochę zabawić. Co o tym sądzisz? – spytałem, jak gdyby jego zdanie miało jakiekolwiek znaczenie, podszczypując go delikatnie po zadzie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
TBD [Mane x Sargon]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Organizacja :: Kartoteka :: Retrospekcje-