IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Witamy na Adhri PBF.
Ziemia tej krainy stanowi skarbnicę początku oraz historii.Tutejsze drzewa pamiętają urodzaj jak i gorzkie czasy. Przez długie lata panowało jedno stado, które przez zdradę i chciwość podzieliło się na dwie frakcje, Lwią Ziemię i Złą Ziemię. Mimo iż każde prowadziło osobną politykę przez zawiść narastały konflikty. >>Więcej tu<<

Share | 
 

 TBD [Mane x Sekhmet]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
Cierń
avatar
Miejsce: tereny leżące daleko poza Krainą, gęsta dżungla otoczona pustynią
Czas: mniej więcej rok wcześniej


Parę miesięcy minęło od momenty, gdy zostałem wyrzucony ze swojego stada i skazany na banicję. Z jednej strony na myśl o tym ogarniała mnie wściekłość i żądza mordu, a z drugiej… cóż, dobrze wiedziałem, że mogło być dużo gorzej. Mogli mnie zabić. Chociaż po tych kilku miesiącach spędzonych w samotności zaczynałem dochodzić do wniosku, że być może śmierć byłaby lżejszym losem, byłaby niejako błogosławieństwem. Bo ileż można przebywać samemu, nie mogąc się do nikogo odezwać? Ileż można mieć samotnych polowań i wart? Te ostatnie były konieczne, bo po tym, jak kilka dziwnych przedmiotów znalazłem, zaczynałem podejrzewać, że jakieś dziwne, wyjątkowo zdolne zwierzęta tutaj kiedyś przebywały, więc musiałem się mieć na baczności, bo nigdy nie było wiadomo, czy tutaj nie wrócą. Lwy żyjące w stadzie miały zdecydowanie łatwiej. A ja samotny, skazany byłem na marną egzystencje, na walkę o przeżycie, bez szansy powrotu do miejsca, z którego mnie wyrzucili. Ciężko westchnąłem na myśl o tym wszystkim i gwałtownie machnąłem ogonem, jakby taki ruch mógł mi w chociażby najmniejszy sposób pomóc w wyrzucaniu tych wszystkich spraw z mojego łba. Ruszyłem ponownie po dżungli, której nienawidziłem, wypatrując czegoś, co mogłoby nadać się na posiłek, ale jakoś nie miałem dzisiaj szczęścia. Tak, dżungla nie była dobrym miejscem do życia dla lwa. Myślałem, że przez kilka miesięcy przyzwyczaję się do wilgotności… ale myliłem się. Z każdym tygodniem wkurzała mnie ona bardziej. Zastanowiłem się, czy by nie wrócić do jaskini, którą zamieszkiwałem… ale stwierdziłem, że chyba nie mam na to ochoty. Doszedłem do wniosku, że wolę się chyba przejść skrajem dżungli, gdzie trochę tej wstrętnej wilgotności było mniej, o ile miałem szczęście i wiał wiatr z pustyni. Czy za nią coś mogły być? Raczej w to nie wierzyłem i sądziłem, że gdybym w tamtą stronę ruszył, to jedyne na co bym natrafiał to suchy piasek… suchy piasek i śmierć z pragnienia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samotnik
avatar
Niespełna trzy letni lew, doświadczony już w długich podróżach, ledwie szedł przy granicy pustyni i gęstego buszu. Sekhmet, bo tak na imię owemu stworowi, pochodzi ze znanej w Krainie Czterech Stad Lwiej Ziemi. Mało tego, nie był tam szarym pionkiem. Jest on wnukiem króla Simby, o którym również słyszał niemal każdy. Sekhmet wiódł cudowne życie krewnego monarchy, więc co on właściwie robił tutaj, w tym śmiercionośnym miejscu? Ano nie wszystko jest tak kolorowe, na jakie wygląda. Rodzice młodego lwa zostali bestialsko zamordowani, a rodzina Sekhmeta nie podjęła żadnych działań w tej sprawie. Bo, czy opłakiwanie śmierci ma jakikolwiek sens, gdy chęć zemsty i tęsknota rozdziera cię od środka? Młody czerwonogrzywy postanowił zająć się zemstą osobiście i w wieku roku opuścił swój przytulny zakątek bez słowa. Bo po co ma się zwierzać zdrajcom? Tak przynajmniej myślał. Od tamtej pory lew wędruje przez cały czas i miewa to lepsze, to gorsze dni. Jedno wie jednak na pewno: Nie należy ufać obcym. Wiedział to także tego dnia, w którym otarł się o śmierć. Rzecz działa się około roku temu. Sekhmet prawie już czołgał się po ziemi i obserwował tylko niebo w poszukiwaniu sępów. Chociaż sam do końca nie był pewien, czy jest z nim aż tak źle. Wiedział jednak, że jest cholernie zmęczony i że musi odpocząć, napić się i na coś zapolować. Niestety, miejsce, w którym się znalazł nie sprzyjało niczemu. Z jednej strony dżungla, w której roi się od drapieżników, a z drugiej pustynia- taka wielka plaża...tylko bez wody, bez przyjemnego wiaterku i bez cienia żywej duszy. Zwykłego cienia też. Sekhmet zdawał sobie sprawę ze swojej beznadziejnej sytuacji i by się ratować, postanowił dosłownie na sekundę się położyć pod jednym z licznych wielkich liści w dżungli.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cierń
avatar
Może i miałem dzisiaj pecha, skoro nie udało mi się niczego upolować, ale przynajmniej wizyta na skraju dżungli była udana. Wiedziałem o tym, gdy tylko zbliżałem się do granicy i poczułem wiejący znad piasku ciepły wiatr, niosący drobne, ale dokuczliwe ziarenka. Bo owszem, wdzierające się wszędzie kawałki tego gówna nie były przyjemne… ale przynajmniej wyciskały powietrze z ostatnich kropli tak przeze mnie znienawidzonej wilgoci.

Doszedłem do granicy i mimowolnie się uśmiechnąłem, gdy tylko pełną piersią wciągnąłem rozgrzane powietrze, wiejące znad pustyni. To mi zdecydowanie poprawiło humor zepsuty przez rozpamiętywanie przeszłości. Trudno powiedzieć, bym był może w tej chwili zadowolony z sytuacji, w której się znajdowałem, ale… ale zawsze było przyjemniej poczuć suche powietrze od tej wstrętnej przyduszającej wilgotności. Raźnym krokiem zacząłem iść wzdłuż granicy pustyni i dżungli, bez jakiegoś konkretnego celu. Tak by się przejść. Piasek przesypywał mi się między palcami łap co nieodłącznie przywoływało skojarzenie z tego okresu życia, gdy jeszcze żyłem w stadzie, zanim nie zostałem z niego wyrzucony. Niech to, znowu te myśli! Czemu się zawsze nimi zadręczałem? Potrząsnąłem bujną grzywą, próbując je wyrzucić ze łba. Jakoś nie wychodziło mi to… co prawda obrazy z tamtego okresu zniknęły mi spod powiek, ale zapach… wciąż czułem zapach innych lwów. Nagle otworzyłem oczy szerzej. To nie było wspomnienie o zapachu… to był autentyczny zapach! Podniosłem łeb wyżej, rozglądając się nerwowo na boki. Wniosek był ewidentny. Nie starczyło im wygnanie mnie, nie starczyło skazanie mnie na banicję. Wysłali za mną pogoń, by mnie zabić! A może… może to tylko posłaniec z wieścią, że mogę wrócić? Nie, w to chyba sam nie wierzyłem! Co robić? Uciekać? Atakować? Skoro po mnie wysłali lwy to na pewno w takiej ilości, by sobie ze mną poradzili. A wtedy walka nie miała sensu. Ucieczka również nie – byłaby tylko przedłużaniem i odwlekaniem tego, czego odwlec się nie dało. Podniosłem więc wyżej łeb i śmiało ruszyłem do przodu, na spotkanie z przeznaczeniem – katami, zwykłymi siepaczami, wysłanymi przez tamtych.

Zrobiłem krok, zrobiłem kolejny i kolejny… i dojrzałem jakiegoś lwa leżącego pod liściem. Zmrużyłem oczy. Był tylko jeden, ale spory, jak zauważyłem, gdy podszedłem bliżej. I nie znałem go. Wysłali… kogoś spoza mojego stada? Przecież to nie miał sensu – taki lew zawsze mógł się pomylić. Nigdy nie mieliby pewności, czy zostałem zgładzony. Coś mi tutaj ewidentnie nie pasowało… i nie miałem pojęcia co. Zrobiłem więc kolejny krok i kolejny, powoli się do niego zbliżając. Zauważył mnie? Zorientował się? Szczęście mi sprzyjało – wiatr wiał od pustyni, ja szedłem równolegle do niej, więc nieznajomy nie mógł mnie wyczuć. A jeśli udało mi się podejść wystarczająco blisko to po prostu rzuciłem się na niego. Zbyt wiele spotkań z lwami w życiu miałem, by móc podejrzewać, że te skończy się bez walki. A jeśli miało do niej dojść, to lepiej było być atakującym i mieć potencjalny efekt zaskoczenia po swojej stronie. Skoczyłem więc na niego, próbując go przycisnąć do ziemi – a w razie sukcesu starałem się chwycić w pysk jakiś kamień, w miarę możliwości spuszczając mu go na łeb, licząc na pozbawienie go przytomności i szybkie skończenie walki. Ale czy mi się to udało?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samotnik
avatar
Lew uwalił swoje cielsko na ziemi i wytarł cały pot z sierści o miękką, mieszającą się z piaskiem ściółkę. Westchnął ciężko, po czym zaczął lizać swoje łapy i niewielkie ranki na nich. Spieprzyłeś, to masz.- zaczął przeklinać siebie w myślach. Do mądrych takie łażenie w pojedynkę nie należało, zwłaszcza jeśli jest się typem, który potrzebuje w pewnym stopniu obecności innego osobnika. Sekhmet nie mógł jednak przeboleć straty rodziców i czuł potrzebę zemsty. Zacisnął zęby, by po chwili móc kontynuować mycie łap. Po chwili beztroskiego dbania o kończyny, poczuł tylko ogromny ból i ciężar na ciele. Stało się to dosłownie w przeciągu kilku sekund. Obcy lew, którego Sekhmet nie był w stanie usłyszeć, przycisnął go do ziemi, gdy ten stracił czujność. Przez chwilę nie ogarniał co się dzieje, gdyż napastnikowi udało się go ogłuszyć. Lew jednak odzyskał niewielkie pokłady energii, plus sytuacja ta dołożyła mu adrenaliny. Z całej siły starał się odrzucić nieznajomego, lecz zmęczenie dało o sobie znać. Nie chciał pozwolić na to, by przeciwnik go znokautował, ale co on mógł zrobić w takiej sytuacji. Przed oczami miał tylko mroczki...i wspomnienia. Masę wspomnień.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cierń
avatar
Powoli, krok za krokiem, zbliżałem się w stronę leżącego na ziemi nieznajomego lwa który, jak gdyby nic, zajął się swoimi łapami. Głupie, bardzo głupie. Skoro wysłali go w pogoń za mną, to chyba uprzedzili go, że mogę nie być chętny do współpracy? No chyba… no chyba, że to pułapka? Jeden wystawiony na przynętę a reszta siedzi w krzakach czekając, aż podejdę. Nerwowo przełknąłem ślinę, ale nikogo innego ani nie wyczułem, ani nie zobaczyłem – chociaż z powodu kierunku wiatru ciężko było śledzić poszczególne wonie. Nie, to raczej nie była pułapka tylko pyszny, nieostrożny lew, którego zgubiła zbytnia pewność siebie – doszedłem do wniosku, kontynuując skradanie się. W końcu skoczyłem na niego, bez większych problemów przyciskając go do ziemi i uderzając kamieniem trzymanym w pysku, prosto w jego łeb. Czułem, że tamten słabnie, jakby został dość poważnie zamroczony, ale nie zaprzestał walki. A ja miałem dosłownie moment na podjęcie decyzji. Mogłem go jednym ugryzieniem w kark czy szyję pozbawić życia – przyciskając go do ziemi, miałem ku temu świetną okazję. Ale chyba… chyba jednak wolałem się dowiedzieć kim jest i dlaczego go tutaj przysłano. A skoro tak, dobrze było go ująć żywego, by go spokojnie przesłuchać.
- Spokój! Poddaj się, bo Cię zabiję! – ryknąłem na niego, próbując przyciskać większego od siebie przeciwnika do ziemi by następnie ugryźć go w łopatkę. Tak by mu wyraźnie dać do zrozumienia, że nie żartuję – Przestań się rzucać to Ci daruję życie! – obiecałem mu, chociaż dla mnie każda obietnica była pusta. Nie zwykłem dotrzymywać słowa. Chwyciłem kamień, starając się go kolejny raz walnąć nim w łeb.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samotnik
avatar
Sekhmet czuł, że jest w kropce. Nie miał jak uciec, gdyż był kompletnie wyczerpany. Do tego, napastnik wcale nie myślał o tym, by honorowo walczyć. Po prostu rzucił się na niego, ugryzł w łopatkę i atakował jakimiś kamieniami. Lew nie chciał się poddawać, gdyż wiedział, że ma po co żyć...ale zaraz. On powiedział, że daruje mi życie?! Wciąż oszołomiony czerwonogrzywy przestał się rzucać, wedle polecenia obcego. Nie wiedział jednak, czy robi to dlatego, że lew obiecał mu, że go nie zabije... czy dlatego, że nie miał już sił, by odpierać atak.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cierń
avatar
Zarządzałem stanowczo kapitulacji od znacznie większego od siebie napastnika, nie spodziewając się w zasadzie, że ten mnie posłucha. No bo czemu miałby się na to zgodzić? Poddanie się przecież oznaczało, że jego życie było zależne ode mnie. Naprawdę był skłonny się na to zgodzić? A może to tylko jakaś zmyłka, jakiś podstęp a on będzie tylko czekać na okazję by się uwolnić i mnie zabić – w końcu w jakimś celu został za mną wysłany? Albo był po prostu zbyt zmęczony i oszołomiony, by być w stanie walczyć, bo mogło być i tak. Niezależnie jaki był powód zaprzestania rzucania się, walnąłem go kamieniem jeszcze raz, by go oszołomić. Stracił przytomność? To zszedłem z niego, by poszukać jakiś lian. Byliśmy w dżungli więc jakieś odpowiednie powinny się znaleźć. Jeśli nie stracił przytomności, to wciąż go przyciskając do ziemi, starałem się po jakieś tego typu rośliny sięgnąć. A niezależnie, jak je zdobyłem, starałem się obwiązać mu lianą pysk a następnie kolejną zrobić prowizoryczne pęta, czyli takie kajdany, na jego przednich nogach – by nie mógł zbyt szeroko stawiać łap, co mu w zasadzie uniemożliwiało szybki bieg czy skuteczną walkę. Ostatnią znalezioną lianę wykorzystałem do zrobienia pętli, którą założyłem nieznajomemu na szyję. A jeśli mi się udało, to zaczekałem chwilkę, aż mój więzień odzyska w pełni przytomność.
- Wstawaj, pójdziesz za mną! – rozkazałem pewnym tonem nieznoszącym sprzeciwu. Szarpnąłem za lianę próbując go zmusić by podążał za mną. Jeśli posłuchał, to zacząłem kierować się prosto w stronę jaskini.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samotnik
avatar
Sekhmet był kompletnie zdezorientowany. Nie miał pojęcia co się dzieje. Skąd się w ogóle wziął ten obcy lew, który tak z nikąd go zaatakował? Jedno było pewne: powoli tracił przytomność. Jedyne, co udało mu się jeszcze zrobić, to jęczeć coś w stylu "Zostaw mnie, zostaw mnie". Po chwili słyszał krzyki nad uchem i czuł mocne ciągnięcie i trudności w oddychaniu. Znów otworzył oczy i widział tego samego lwa, lecz tym razem zamazanego. Próbował wstać ostatkiem sił i się wyrwać, ale wiedział, że nie ma kompletnych szans. Odpuścił, skulił łeb i powoli podążył za oprawcą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cierń
avatar
Widziałem, że nieznajomy lew zaczął powoli odzyskiwać przytomność. W końcu! Ile można było czekać? Co prawda próbował się przez chwilę wyrywać i szarpać, ale szybko zaprzestał daremnych prób. Zastanawiało mnie to. Rzeczywiście był taki słaby? Czy po prostu tak go podróż zmęczyła, że tak szybko przegrał? A może rzeczywiście oberwał mocniej w łeb, niż się spodziewałem? Jaki by powód tego nie był, wygrałem z nim i zacząłem go prowadzić przez dżungle w stronę swojej jaskini.

Po krótkiej drodze dotarliśmy na miejsce. Jaskinia była dość przestronna, chociaż wejście posiadała dość wąskie i jak pierwszy raz do niej wchodziłem, to raczej nie spodziewałem się, że będzie stanowiła dobre schronienie. Myliłem się, bo okazała się być idealna. W rogu nawet znajdowało się niewielkie jeziorko – jakiś podziemny strumyk zapewniający smaczną wodę pitną. Tak, jaskinia była jedyną dobrą rzeczą, jaka mi się przytrafiła w tej cholernie wilgotnej dżungli. Gdy tylko znalazłem się w środku to rzuciłem się na swojego więźnia od boku, próbując go powalić na ziemię.
- Leżeć! – krzyknąłem na niego. Jakimiś lianami, które wziąłem po drodze, starałem się mu ciasno związać łapy. Najpierw obie przednie, z którymi nie powinno być o tyle problemu, że wcześniej założyłem na nie prowizoryczne pęta zrobione z lian. Gorzej było zapewne z zadnimi nogami, które u każdego lwa były znacznie silniejsze i bardziej umięśnione. Udało mi je obwiązać? Jeśli tak, to położyłem się na swoim więźniu, ciężko dysząc i odpoczywając po całym wysiłku, który kosztowało mnie schwytanie i unieruchomienie sporego drania.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samotnik
avatar
Sekhmet czuł, że jest już na przegranej pozycji. Był okropnie zmęczony po odbytej podróży, a "spotkanie" z obcym lwem było dla niego niczym gwóźdź do trumny. Przeklinał siebie samego w myślach, mimo iż nie był do końca w stanie odnaleźć swojej winy w tym zdarzeniu. Nawet go nie sprowokował.
Lew zaprowadził go do jakiejś dziwnej groty w dżungli. Czerwonogrzywy padł na ziemię, po czym zorientował się, że został do niej przygwożdżony przez napastnika. Czuł też jak ten związuje jego łapy. Z chęcią odparłby to całe zajście, ale nie miał już kompletnie siły. Poddał się, więc wróg mógł śmiało wcielić swój plan ciasnego związania jego zarówno przednich, jak i tylnich łap. Jedyne, co udało mu się zrobić, to wydusić cicho: "Za co?" i "O co ci chodzi?". Bardzo chciał uzyskać odpowiedź na te pytania, lecz nawet jeśli brązowy by mu odpowiedział, do Sekhmeta zapewne i tak by to nie dotarło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cierń
avatar
Bez większych problemów udało mi się przyprowadzić swojego więźnia do groty ukrytej w dżungli. Związałem mu przednie i zadnie łapy, co okazało się być znacznie prostsze, niż się spodziewałem. Nieznajomy lew był tak słaby? Czy tak przerażony, że nawet się nie ośmielił protestować? Jaki by powód nie był, szybko zasnął. Zastanawiałem się czy go budzić, ale doszedłem do wniosku, że również jestem zmęczony i po chwili położyłem się w pewnej odległości od niego i zapadłem w czujny sen. Po kilku godzinach jednak wstałem. Upewniłem się, że więzień jest dalej związany, i wyszedłem z groty mając nadzieję, że uda mi się tym razem coś dorwać. Jak się okazało, tym razem miałem więcej szczęścia i po niedługim czasie wróciłem, taszcząc fragment jakiegoś zwierzęcia. Nieznajomy jeszcze spał? Czy zdążył wstać? Niezależnie od tego, podszedłem do niego, uderzając go lekko łapa w pysk – tak by go szybko i sprawnie dobudzić.
- Kim jesteś? Kto Cię po mnie wysłał? – spytałem zimnym tonem, nie znoszącym sprzeciwu. Było po mnie słychać, że przywykłem do wydawania rozkazów… i tak rzeczywiście było. Rządziłem kiedyś niewielkim stadem, dopóki nie zostałem wygnany z krainy i skazany na wieczną banicję. A teraz… teraz oni wszyscy musieli za mną wysłać pogoń. To było dla mnie oczywiste – w końcu nie znałem innych stad, innych lwów niż tamte, pochodzące z krainy, w której się wychowałem.
- Mów! Mów wszystko i nie próbuj niczego ukrywać! – ryknąłem na niego gardłowo, uważnie mu się przyglądając. Był większy, silniejszy i pewnie zwinniejszy ode mnie. Ale i tak przegrał, stając się moim więźniem. Miał być moim katem? To coś mu nie wyszło!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samotnik
avatar
Sekhmet w pewnym momencie całkowicie odpłynął. Leżał z otwartym pyskiem, chyba nawet nic mu się nie śniło. Jego organizm próbował w ten sposób zregenerować siły, lecz nie miał specjalnie szansy. Poczuł dość mocne uderzenie, które z miejsca go wybudziło. Otworzył oczy szeroko i spojrzał na oprawcę, którego imienia jeszcze nie poznał. Wybudził się całkowicie, a poznał to po ogromnym bólu, jaki poczuł. Chciał wstać, ale zorientował się, że ma powiązane łapy. Jęknął z bólu i zacisnął zęby. Oprawca w tym momencie zadał mu dwa pytania, na które żądał natychmiastowej odpowiedzi.
- Co...co ty pieprzysz...- wycedził przez zęby. Nie miał zielonego pojęcia o co chodziło temu lwu. - nawet cię nie znam...kto miałby mnie po ciebie wysłać? Przecież tylko leżałem, do cholery...sam się na mnie rzuciłeś - tu zaczął kaszleć - a potem twierdzisz...że...że ktoś mnie wysłał? - wydusił ostatkiem sił, po czym znów zaczął kaszleć. Westchnął dość ciężko, po czym przyjrzał się swojemu napastnikowi. W głowie miał szereg różnych myśli. To pewnie śmieć z Krwawego Zmierzchu...wysłali go po mnie, bo jestem synem Kiona, tak? Pieprzony sukinsyn!
- Pewnie jesteś jednym z Krwawego...Krwawego Zmierzchu. Wyglądasz nawet na jednego z nich...wysłali cię po mnie, co? Dowiedzieli się, że odszedłem z Lwiej Ziemi...najpierw moi rodzice, a teraz ja?! - odparł ze zmarszczonymi brwiami i wciąż zaciśniętymi zębami. Skojarzenie brązowego z lwami z Krwawego Zmierzchu od razu przywróciło mu odrobinę sił. Spiął wszystkie mięśnie, skulił uszy i wysunął pazury.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cierń
avatar
Uderzyłem lwa, próbując go dobudzić, ale ten stanowczo zbyt wolno kontaktował, czym mnie doprowadzał do szału. No ile można było czekać! Przecież przez noc powinien wypocząć na tyle, by mi udzielić wszelkich odpowiedzi, o które go prosiłem. No chyba, że nie chciał mówić… no ale wtedy za to pożałuje! Nie miałem zamiaru tolerować otwartego sprzeciwiania mi się! On chyba przeceniał swoje możliwości, jeśli miał nadzieję, że będzie mi się buntował a ja będę to tolerował. Niedoczekanie!
- Co? Co ja pieprze? – warknąłem na niego. I już, już miałem mu rozkazać, by zwracał się do mnie trochę grzeczniej, ale drań mnie ubiegł, zarzucając mnie swoimi słowotokiem. Jego słowa… były po prostu śmieszne. Tylko leżał? Wcale mnie nie śledził? Ja się na niego rzuciłem? Śmieszne! Wyśmiałbym go teraz gdyby nie to, że ten kontynuował swoje brednie, nie pozwalając mi dojść do słowa. Naprawdę sądził że uwierzę, że nie został przez nikogo wysłany?
- Co? Jaki Krwawy Zmierzch? Jaka… jaka Lwia Ziemia? Co ty kurwa pierdolisz? W łeb się za mocno uderzyłeś? Czy tylko udajesz? Kto mnie wysłał? Przecież to ja tu byłem pierwszy! Siedzę tutaj od kilku miesięcy! Od dnia, gdy Twoi zleceniodawcy mnie wygnali! A teraz ty się pojawiasz, chcąc mnie zabić i gadasz jakieś brednie? – aż się trząsłem ze złości. On chyba miał mnie za kretyna, jeśli sądził, że uwierzę w te jego kłamstwa. Tak, musiał zostać wynajęty niedawno i mu pewnie mocodawcy wmówili, że jestem kretynem. Zawsze tak się mówi o tych, którzy przegrali. „Zwycięzcy piszą historię.” Tak brzmiała stara lwia zasada. A ja się teraz o tym przekonywałem. Ciekawe, co jeszcze o mnie gadano? Na pewno nie to, jak niewiele brakowało, a bym przejął władzę. Bo historie o moim okrucieństwie? Te mogły być prawdziwe. W każdym razie nieznajomy lew musiał się teraz srogo zawieźć, gdy okazało się, że kłamstwa o mojej głupocie okazało się być nieprawdą.
- Ej, leżeć! – warknąłem, gdy tylko zobaczyłem, że ten zaczyna się spinać. Uderzyłem go łapą w łeb, by go przywołać do porządku – Może i jesteś większy… ale w tej chwili jesteś tylko moim więźniem i masz być posłuszny! – przypomniałem mu
- Kim jesteś? Co o mnie wiesz? – postanowiłem zadać trochę łatwiejsze pytania. Takie bardziej fundamentalne.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samotnik
avatar
Sekhmet zaczynał odzyskiwać siły, lecz nie był do końca pewien czy to dzięki odpoczynkowi, czy nagłemu napływowi wściekłości. Już wcześniej był wściekły na swojego oprawcę, ale gdy uzmysłowił sobie, że ten może być członkiem Krwawego Zmierzchu, krew niemal się w nim zagotowała. Brązowy lew jednak szybko dał mu do zrozumienia, że nie ma aktualnie z nim szans. Bo co z tego, że Sekh jest większy i silniejszy, skoro nie ma możliwości, by wykonać jakikolwiek ruch? Był jednak mocno zdezorientowany...ten lew w ogóle nie ogarnia o czym gadam?
- Kompletnie nie ogarniam o co ci chodzi...jacy zleceniodawcy?- wydusił. Widział, że lew jest konkretnie zdenerwowany i że każde niewłaściwe słowo może przypłacić życiem.
Sekhmet dostał w łeb od napastnika, co bardziej go zdenerwowało, niż zabolało. Zaczynał powoli dochodzić do siebie.
- Posłuchaj mnie...jeżeli walisz kogoś w łeb, bądź pewien, że kiedyś odpłaci ci się z nawiązką...nie mam cholernego pojęcia co ty do mnie pierdolisz! - warknął - co cię to obchodzi kim jestem? Wiem jedno...albo jesteś zdrowo pierdolnięty i masz jakieś chore potrzeby nękania innych...albo wziąłeś mnie za kogoś, kim nie jestem - odpowiedział mu już nieco spokojniej. Był dosyć zdenerwowany, bo kto by nie był w takiej sytuacji...ale powoli zaczęło do niego docierać, że pyskowanie do gościa, który ma znaczną przewagę, nie było dobrym pomysłem.
- Ech... dobra, posłuchaj mnie bardzo uważnie - westchnął, po czym wziął głęboki oddech i kontynuował - jestem Sekhmet, pochodzę z Lwiej Ziemi. Słyszałeś kiedyś o takim miejscu? Jest to lwie stado ulokowane w potężnej skale, a rządzi nim król i królowa. Jestem potomkiem władców, mój ojciec, Kion, był synem wielkiego władcy Lwiej Ziemi, Simby. Może chociaż o nim słyszałeś? Wszyscy tylko o nim pierdolą...no, mniejsza o to. Moi rodzice zostali zamordowani przez stado naszych wrogów...tak zwany "Krwawy Zmierzch". Przypominasz mi jednego z nich, stąd moje wspomnienie o tym stadzie. Ogólnie to po śmierci rodziców postanowiłem odejść od mojego stada i tak też uczyniłem. Tułam się tak po świecie bez większego celu. Jedno też wiem na pewno: nigdy jeszcze nie natknąłem się na lwie stado. Nie mam pojęcia o czym do mnie mówisz. Nie jestem niczyim wysłannikiem. Niczego o tobie nie wiem, nie mam pojęcia jak się zwiesz, ile masz lat, czym się zajmowałeś, tudzież zajmujesz...to, że na siebie wpadliśmy, było jedną wielką pomyłką! - odparł mu, po czym musiał chwilkę odsapnąć. Trochę się nagadał, a zmęczenie z wczoraj trochę jeszcze mu doskwierało. Kto wie, czy nie był wtedy chory?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cierń
avatar
Aż mnie zatkało, gdy usłyszałem słowa swojego więźnia.
- Co?! – warknąłem w odpowiedzi – Dobrze, że próbujesz chronić zleceniodawców. Ale w sytuacji, gdy możesz nie dożyć zachodu słońca, chyba nie ma to żadnego sensu – odpowiedziałem mu, próbując go skłonić do porzucenia dziwnej lojalności, którą się wykazywał. Owszem, ceniłem lojalność u innych, ale sam nigdy się nią nie charakteryzowałem. Zawsze robiłem to, co mi się najbardziej opłacało.
- Ej, licz się ze słowami! – ostrzegłem go i walnąłem kolejny raz, tym razem w łopatkę – Nigdy mi nie odpłacisz, jeśli stracisz dziś ten swój zakuty łeb – zagroziłem mu podniesionym tonem. Chyba powinien się domyślić, że w obecnej sytuacji grożenie mi jest bardzo, bardzo złym pomysłem.
- Jeszcze raz mnie obrazisz… to nie, nie zostaniesz uderzony. Stracisz jakąś część ciała. Ogon, łapę, może ucho. Dobrze Ci radzę nie wkurzaj mnie! – wysyczałem przez zaciśnięte ze wściekłości zęby. Jeszcze kilka miesięcy temu byłem władcą. I nie przywykłem, by ktoś się do mnie zwracał w ten sposób! No i właśnie… to mi nie dawało spokoju. Przecież on powinien wiedzieć, że jestem impulsywny i lepiej mnie nie wkurzać. Czemu więc… tak się zachowywał? Może rzeczywiście… rzeczywiście gdzieś się myliłem? I naprawdę nie był tym, za kogo go uważałem? Był idiotą. Było to po nim widać. Więc chyba nie wymyśliłby aż takich kłamstw? Zresztą… chyba żaden idiota nie pomyślałby, że dam się na coś takiego nabrać. Może więc to co mówił, było jednak prawdą? Musiałem to przemyśleć, rozważyć, wziąć pod uwagę. Odetchnąłem dwa razy, próbując się uspokoić i skupić na dalszych słowach mojego więźnia.

- Sekhmet? Dziwne słowo. To prawdziwe imię? – spytałem podejrzliwie. Nie znałem takiego słowa. W mojej krainie używano innych imion. Czyżby było z innego języka? Takie drobnostki, takie szczegóły powodowały, że jego historia zaczynała się wydawać realniejsza. Uprawdopodobniały to, co tamten mówił.
- Lwia Ziemia? Pierwsze słyszę. Gdzie to jest? – dopytywałem się go podejrzliwie. Rzeczy, które mi mówił… wydawały mi się bezsensowne. Jakieś absurdalne.
- Rządzi… królowa? Z królem? W znaczeniu… rządzi król, a królowa jest tylko… do zabawiania króla i gości? Nie ma władzy? – upewniłem się. Sam pomysł, że lwica może sprawować władzę był po prostu… zabawny – Nie wyglądasz na potomka władcy – prychnąłem z pogardą. Ja byłem władcą… kiedyś. Dawno temu. A on? Sprawiał wrażenie… po prostu… no właśnie nie byłem do końca pewien. Bo teraz, jak mu się przypatrzyłem, to dało się zauważyć pewne atrybuty władcy. Jakąś pewność w jego zachowaniu, coś w spojrzeniu. Zaczęło mnie to mimo zastanawiać, intrygować, skłaniać do tego, że zacząłem podejrzewać, że to jednak ja mogę się mylić. Ciężko westchnąłem, zastanawiając się, co z tym fantem zrobić. Pokręciłem łbem zaprzeczając, że cokolwiek słyszałem. Z każdą chwilą jego historia wydawała mi się bardziej prawdopodobna… chociaż oczywiście nie omieszkałem wyrazić paru wątpliwości.
- Czyli jesteś sierotą? Rodzice zostali zabici przez złe, niedobre stado? Jak mi przykro. A nie mówisz tego tylko dlatego, aby wzbudzić litość? Aby mi było Cię żal, abym Cię uwolnił? – zacząłem podejrzliwie dopytywać, zastanawiając się, czy to nie jakieś jego prymitywne zagranie.
- Czyli, jak złe stado zamordowało Twoich rodziców… którzy podobno byli władcą dobrego stada, to ty zamiast się zająć stadem wolałem się włóczysz po świecie? A dlaczego uważasz swoje stado za dobre a to drugie za złe? A może to wy byliście źli, a dobre stado zabiło Twoich rodziców… by walczyć ze złem? Czy posługiwanie się kategoriami dobra i zła nie jest… prymitywne? Nie ma czegoś takiego jak „dobro” czy „zło”. To rzeczy bardzo… bardzo subiektywne – zauważyłem, kontynuując przesłuchanie, próbując wychwycić najmniejsze wahanie w jego głosie, jakąś panikę w spojrzeniu. Tak, musiałem go dokładnie przepytać a nie uwierzyć w pierwszą lepszą bajeczkę, którą usłyszę. Zastanawiałem się, przyglądałem mu się… i póki co byłem nawet skłonny mu uwierzyć.
- Czyli co? Nie znamy się, to wszystko pomyłka a ja powinienem Cię przeprosić, uwolnić Cię, zaproponować Ci posiłek a ty zapomnisz o całej sprawie i nie będziesz miał mi za złe to, że Cię uderzyłem? – spytałem, uśmiechając się do niego złośliwie. Jakoś ciężko było mi uwierzyć, że nieznajomy lew tak po prostu daruje sobie zemstę za to, że go związałem.
- To gdzie niby jest to Twoje stado? – dopytywałem się.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samotnik
avatar
- Nie mam żadnych zleceniodawców - prychnął. Oprawca był groźny i niebezpieczny, ale zdawał się mieć także nierówno pod sufitem. Aż tak nabroił, że mieli po niego kogoś wysłać? Mam do czynienia z jakimś seryjnym mordercą, gwałcicielem, czy psychopatą? A może wszystko na raz? Sekh z każdą chwilą wyrażał co raz większe zdenerwowanie zaistniałą sytuacją. Wiedział jednak, że nie może sobie pozwolić na kolejny wybuch. Zwłaszcza, że po raz kolejny dostał łapą i brązowy zaczął grozić mu na poważnie. Na groźby nie odpowiedział.
- Tak, Sekhmet to prawdziwe imię. Nie wiem, co rodzice mieli w głowach, ale tak mnie właśnie nazwali - odpowiedział mu spokojnym już tonem. Nienawidził płaszczyć się przed kimś, ale miał jeszcze po co żyć, więc nie chciał ryzykować.
- Lwia Ziemia...tak jak mówiłem. Lwie stado, monarchia. Gdzie to jest? No, spory kawałek stąd - nie chciał mówić gdzie to dokładnie jest. Nie lubił towarzystwa "zdrajców", ale niektórzy z nich wciąż byli dla niego ważni. Miałby więc napuścić na nich psychopatę?
- Niee, nie rozumiesz mnie. Królowa też ma prawo rządzenia. Jeśli ma męża, króla, pełni funkcję przywódczyni grupy łowieckiej. Jeżeli zaś królowi jako pierwsza urodzi się córka, ona ma prawo do tronu. I ona rządzi. Tak było w przypadku mojej ciotki i kuzynki - powiedział unosząc lekko brwi. Sekhmet szanował płeć przeciwną, toteż napastnik ukazał się w jeszcze gorszym świetle.
- Ta, nie mam co robić, tylko próbować "przekupić" cię ckliwą gadką. Zdążyłem zauważyć, że takie rzeczy na ciebie nie działają. Nawet nie zamierzam próbować - odparł mu, po czym spuścił lekko łeb.
- To skomplikowane - westchnął - nie jestem synem władcy. Jestem wnukiem władcy, bratankiem kolejnej władczyni i teraz najprawdopodobniej kuzynem władczyni. Nie zostawiłem swojej rodziny na pastwę losu, sami wjebali się w to gówno. A co do pojmowania dobra i zła...masz rację, to jest bardzo subiektywne. Powiem tak: moje stado popełniło karygodny błąd. Nie są ani dobrzy, ani źli. Podobnie pewnie i tamci. Nic przecież nie dzieje się bez powodu - powiedział spoglądając w stronę światła bijącego z wejścia do groty. Po chwili kontynuował - Mój pradziadek był bardzo dobrym władcą. Miał jednak młodszego brata, który był cholernie zazdrosny i rządny władzy. Uknuł spisek, w którym pozbawił życia króla i skazał swojego małego bratanka, a prawowitego następcę tronu, na banicję. Bratanek wrócił, odebrał władzę i wszyscy myśleli, że to szczęśliwe zakończenie. Niekoniecznie - spojrzał na minę słuchacza, a sam miał minę śmiertelnie poważną - brat władcy zdążył się zabezpieczyć. Owinął sobie jedną lwicę wokół paluszka i razem założyli niewielkie stado. Oczywiście wszystko za plecami lwioziemców. Lata mijały, mój dziadek, czyli ten wygnany bratanek, doczekał się córki i dwóch młodszych synów. Córka zakochała się jednak w jednym z tych śmieci i uwierzyła w jego "dobroć w serduszku". Lata mijały, tamto stado niby się rozpadło, bo urocza historyjka o miłości mojej ciotki i tego popaprańca ich urzekła i wrogie stado się rozpadło. Część dołączyła oczywiście na terytorium Lwiej Ziemi. Od tamtej pory zaczęły się jaja, bo moja ciotka została królową, a ten popapraniec królem. Urodziło się moje kuzynostwo, urodziłem się ja, urodziło się moje rodzeństwo...i przez całe moje dzieciństwo wierzyłem, że coś jest nie tak z moim stryjem i jego laską. Jego laska była siostrą popaprańca i przez długi czas była nastawiona przeciwko nam. Ja nie wierzę, że wszyscy uwierzyli w ich dobre intencje - tu lekko się roześmiał - przecież to oczywiste, że jak wejdziesz w gówno, to smrodu z łap tak łatwo się nie pozbędziesz. Ale król i królowa mieli wszystko w dupie. Mój ojciec wyczuwał,że coś jest nie tak, że niektórzy dziwnie się zachowują...zwłaszcza moja kuzynka, córka tej zdziry, siostry popaprańca. A ona knuła coś ze stadem, które pięknie się odradzało. Nazwali się Krwawym Zmierzchem i szykowali zemstę na lwioziemcach. Nie wiem, czy było to słuszne, czy też nie...wiem jedno. Zamordowali mojego ojca, a potem moją matkę. Zgadnij, co na to król i królowa? - zacisnął zęby - nic. Zupełnie nic. Mieli jakieś swoje durne tłumaczenia...a ja nie chciałem siedzieć bezczynnie. Poczekałem, aż trochę się usamodzielnię, aż w końcu wybyłem stamtąd. Nie miałem ochoty na nich patrzeć. Stracili członków rodziny i nic z tym nie zrobili... - wycedził, po czym po raz kolejny spojrzał na wyraz pyska brązowego. Uzmysłowił sobie, że właśnie opowiedział historię swojego życia swojemu oprawcy. Pomyślał, że to debilne, ale z drugiej strony, jeśli miał nie dożyć następnego dnia, a przecież była taka możliwość...w pewnym sensie poczuł ulgę. Westchnął głośno, zmarszczył brwi i spojrzał w ziemię. Ciekawiła go jego reakcja na tę opowieść. Usłyszawszy jednak słowa o wypuszczeniu go "tak po prostu" ukazał nieznaczny, pogardliwy uśmiech.
- No w cuda to ja nie wierzę. Musiałbyś być idiotą, by tak po prostu mnie wypuścić - odwrócił łeb od niego.
- Moje stado? - cholera jasna, pewnie będzie chciał, bym go tam zaprowadził - Bodajże na południe stąd. Dosyć dawno stamtąd odszedłem - odpowiedział starając się brzmieć szczerze. Nie chciał, by ten zmusił go, do prowadzenia go tam.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cierń
avatar
Naprawdę nie miał żadnych zleceniodawców? Z własnej woli próbował mnie zabić? Czy uważał, że tak niechcący podążał za mną i mnie śledził? A może… może rzeczywiście nie byłem jego celem? Powoli zaczynałem brać pod uwagę i tę wersję. Nie, nie wierzyłem w nią. Nie byłem co do niej przekonany. Tylko co najwyżej byłem gotów wziąć w ostateczności pod uwagę, że chociaż w najmniejszym stopniu rozważam i taką opcję, że nie jestem okłamywany przez sporego lwa. Walnięcie go łapą na szczęście spowodowało, że ten się uspokoił. Zapamiętałem sobie, że mu to wyraźnie pomaga w skupianiu się.
- Tak Cię rodzice nazwali? A walili Cię łapą po pysku? – spytałem, złośliwie się do niego uśmiechając. Domyślałem się, że tak, skoro na taki gest od razu się uspokajał i zaczynał mówić jak normalny lew a nie jakiś szajbus. Słuchałem jego słów o Lwiej Ziemi. Czym jest monarchia to oczywiście wiedziałem. Skrzywiłem się tylko, jak nie określił dokładnie, gdzie znajduje się miejsce, o którym mówi. Ale w sumie jakoś bardzo mnie by nie zdziwiło, gdyby okazał się za mało inteligentny, by być w stanie to wystarczająco dokładnie opisać.
- Co?! – wyrwało mi się ryknięcie – Lwica… lwica ma prawo do tronu? Ona rządzi? Co ty kurwa pierdolisz?! Lwicy pozwalacie dowodzić? Mam w to uwierzyć? – wydarłem się na niego, że sobie robi ze mnie żarty i oczywiście kolejny raz walnąłem go łapą – tym razem w bok. Nie mogłem tolerować takich żarcików z siebie! – No chyba… że to taka przenośnia? Że ona jest tylko figurantką. A rządzi lew, którego jest konkubiną? – upewniłem się, że dobrze go zrozumiałem. Uniosłem wargi, odsłaniając kły, by mu uzmysłowić, jakiej odpowiedzi oczekuję. Gówno mnie obchodziło, jaka była prawda – jeśli była niezgodna z moim światopoglądem, to tym gorzej dla niej!

Słysząc kolejne słowa, wyraźnie się rozpromieniłem. Uważał, że ckliwa gadka na mnie nie działa? No, ten komplement mi się spodobał. Uśmiechnąłem się, przysiadając na zadzie. Jak się go kilka razy łapą uderzy, to od razu wie, jak się ma zachowywać. Zacząłem słuchać jego historii, która prawdę mówiąc gówno mnie obchodziła. Mówiła trochę o prymitywizmie i głupocie tych wszystkich lwów. Chyba kolejny dowód na to, że nieznajomy lew mnie nie oszukiwał. Był wnukiem władcy, być może kuzynem i pozwolili mu żyć? Ja takiego lwa od razu bym zgładził, jako potencjalnego konkurenta. A przynajmniej trzymał przy sobie, uważnie mu się przyglądając, upewniając się, że nic nie knuje. Bliski członek rodziny, przebywający daleko, mógł z łatwością zgromadzić obok siebie przekupioną opozycję i wywołać bunt. Rodzina była jak skarb – należało trzymać ich pod okiem albo zakopać w ziemi. Chyba jednak wolałem mu tego nie mówić. Jego spojrzenie na świat, na postrzeganie zła i dobra, było bardzo dziecinne, infantylne, proste, niemalże prostackie i prymitywne. Takie coś to bym się spodziewał usłyszeć od lwiątka… a nie od dorosłego samca, który chyba powinien mieć trochę styczności z przejmowaniem władzy morderstwami, skoro niby pochodził z rodziny królewskiej? Jego słowotok w pewnej chwili zaczął mnie nudzić i już miałem przerwać, gdy zrobiło się zdecydowanie ciekawiej. Tak, spiski to było coś, co lubiłem.
- Skazał na banicję? A dlaczego… dlaczego nie zabił? – wyrwało mi się. Też zostałem skazany na banicję i też uważałem, że zrobiono błąd. Wrogów się zabijało. Przyjaciół zresztą też, jak byli groźni lub niebezpiecznie. Lub zwyczajnie nieprzydatni i mogli okazać się słabością.

Skupiłem się na dalszym ciągu historii, która z każdą chwilą robiła się coraz bardziej skomplikowana i zagmatwana. Cóż, mój więzień nie umiał dobrze opowiadać. A może umiał tylko historia się nie nadawała do jednokrotnego opowiedzenia? Tak wiele lwów było w niej tak naiwnych, że aż mi się nie chciało wierzyć. A po chwili wszystko zaczęło mi się mylić. Ale zapamiętałem z tego wszystkiego jedno: Krwawy Zmierzch jest zdecydowanie bardziej godny zainteresowania, bo potrafili wykorzystać wszystkie środki, by dojść do celu.
- To jak zawiodłeś się Lwią Ziemię i uważałeś, że źle postępuję… a jednocześnie zgadzałeś się z metodami Krwawego Zmierzchu… to czemu nie zmieniłeś strony? – spytałem zaintrygowany – Z Twoją wiedzą o Lwiej Ziemi, z informacjami jakie o nich posiadałeś, z zaufaniem którymi Cię darzono, z łatwością bym się wkupił w Krwawy Zmierzch, przekazując im wszelkie informacje. Łatwo byście pokonali Lwią Ziemię a ty miałbyś dobrą pozycję w stadzie zwycięzców. – zacząłem dopytywać. Sam bym się tak zachował. Zdradzić rodzinę, wszelkich znajomych? Skazać ich na śmierć? Co w tym złego, jeśli w nagrodę można było sięgnąć po władzę? Nawet sobie nie wyobrażałem, że ktoś może mieć inne zdanie na ten temat.

Uśmiechnąłem się, słysząc jego odpowiedź, że go pewnie nie uwolnię. Tutaj miał rację. Twardo stąpał po ziemi – zawsze to jakaś pozytywna cecha w odróżnieniu od tej jego naiwności i nieżyciowego podejścia.
- Tak, masz rację, nie uwolnię Cię – przytaknąłem mu – Na południe? Gdzie dokładnie? – zacząłem wypytywać. Od razu wychwyciłem wahanie w jego głosie. Coś… coś ukrywał. O czymś mi nie chciał powiedzieć. Ale… ale o czym? Może nie był pewien? Lub chciał mnie zmylić, kierując mnie w złą stronę z powodu zwykłej złośliwości.
- Jesteś w stanie tam trafić? Zaprowadzisz mnie tam? – spytałem, kładąc przednią prawą łapę na jego łopatce i wysuwając pazury tak, by ten je poczuł na skórze – Prawda? – upewniłem się, wbijając spojrzenie w jego ślepia – Chyba nie chcesz… nie chcesz, bym się zdenerwował. Bo wiesz, że jeśli zgubisz drogę lub spróbujesz mnie oszukać, to Cię zabiję! – upewniłem się.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samotnik
avatar
Lew był coraz bardziej zdenerwowany tą całą sytuacją, ale starał się trzymać swoje nerwy na wodzy. Wiedział przecież, że jak jest powiązany, nie ma szans w walce z nim i przeciwnik mógłby w łatwy sposób go uśmiercić. Musiał być bardzo ostrożny we wszystkim, co mówi i co robi.
- Nie przypominam sobie, bym kiedyś dostał od rodziców w mordę. Może raz od kuzyna - uśmiechnął się na wydechu. - A co do lwic...to skomplikowane - powiedział, po czym zdał sobie sprawę, że oprawca chyba nie chce słyszeć innej wersji od tej, którą on sam przedstawił. Zwłaszcza, że Sekhmet dostał kolejny raz po pysku - Tak, coś w rodzaju konkubiny...jak to ująłeś - powiedział, po czym spojrzał na reakcję lwa.
Czerwonogrzywy dostrzegł, że historia z jego życia wydaje się przekonywać lwa. Po dłuższej chwili odpowiedział mu w trakcie opowiadanej historii.
- Od małego wpajano mi zasady Kręgu Życia i innych takich pierdół...i nawet nie o to chodzi, czy się z nimi zgadzam, czy nie. Oni zamordowali moich rodziców. Kim bym się stał wstępując w szeregi wrogów? Może i stąpają po ziemi twardo, może mają jakieś tam plany...ale nie mógłbym wtedy spojrzeć w swoje odbicie. Nie mógłbym na siebie patrzeć. Poza tym, nie chcę najeżdżać na Lwią Ziemię. To, że uważam, że źle postąpili, nie oznacza od razu, że ich nienawidzę i że powybijałbym ich co do lwa. W dalszym ciągu są moją rodziną. Stwierdziłem po prostu, że odejdę i nie będę więcej patrzył na głupoty, które czynią - odpowiedział mając nadzieję, że nie rozwścieczy tym brązowego. Zdążył już zauważyć jaki pogląd na świat ma oponent.
Gdy Sekhmet skończył opowiadać historię, lew zaczął dopytywać go o dokładną lokalizację Lwiej Ziemi. Kurwa mać! - miał nadzieję, że tak się nie stanie. Pod żadnym pozorem nie chciał podrzucać swojej rodzinie takiego psychola.
Nie no, jeżeli nie będę prowadził go dobrze, on zapewne wyczuje jakiekolwiek zawahania i mnie zabije...muszę coś wymyślić. A może...może by tak spieprzyć w drodze? Nie będę miał przecież związanych łap, to uniemożliwiłoby mi chodzenie. Jestem od niego zdecydowanie silniejszy...to mogłoby wypalić, tylko kiedy? - zaczął się zastanawiać, lecz tak, aby przeciwnik nie zorientował się jakichkolwiek knowań z jego strony.
- Zapewne dałbym radę tam trafić. Mniej więcej pamiętam skąd przyszedłem. Tak, domyślam się, że tak się stanie. Twoje groźby wydają się być bardzo przekonujące - powiedział, po czym po raz kolejny spojrzał w stronę wyjścia. To mogła być dla niego szansa na ucieczkę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cierń
avatar
Jego odpowiedź mnie zdziwiła. Rodzice go nie bili? To błąd. Zawsze uważałem, że bicie lwiątek korzystnie wpływa na ich rozwój. Uczy, że życie nie jest sprawiedliwe, że czasami trzeba się liczyć z tym, że się oberwie. Że należy odpowiednimi pochlebstwami, czynami i słowami wpływać na innych, aby samemu nie oberwać, tylko by czyjąś złość przekierować na kogoś innego, choćby niewinnego. Byle nie na siebie. Tak był świat już skonstruowany i młode lwy powinny się tego uczyć… a nie jakichś tam bredni o dobru i złu! Podniosłem brwi, gdy więzień sprawiał wrażenie, jakby chciał powtórzyć te kłamstwa o lwicach, ale na szczęście szybko się opamiętał, a ja nagrodziłem go uśmiechem. Jak chciał, to potrafił się dostosować i zacząć mówić prawdę.

Słysząc słowa Sekhmeta nie byłem pewien, czy on jest taki głupi, taki głuchy czy może po prostu kompletnie zindoktrynowany tymi wszystkimi zasadami, o których opowiadał. Niby nazywał je pierdołami… ale podświadomie w nie wierzył, postępował zgodnie z nimi.
- Kim byś się stał? Wiesz, są rzeczy, które trzeba pomścić. I to nie dla własnej satysfakcji… ale po to, by inni wiedzieli, że z takim lwem nie można zaczynać. Skoro nie byłeś w stanie ukarać tych, którzy zamordowali Ci rodziców, bo byli zbyt potężni… to trzeba było się do nich przyłączyć. W końcu dobrze należeć do potężnych. A szansa na zemstę w końcu by nadeszła. Albo i nie – ale i tak by się było w gronie zwycięzców. Wiesz, to stary dylemat „czy lepiej służyć w niebie czy rządzić w piekle”. Ja wierzę, że rządzenie jest lepsze – odpowiedziałem mu. Tylko uśmiechnąłem się, gdy ten mówił jakieś brednie o niemożności patrzenia na siebie. Był taki rozkosznie naiwny. Nie był gotowy sięgnąć po prawdziwą potęgę, nie był w stanie dążyć do celu, nie zważając na koszty. Słaby, żałosny lew. Gardziłem nim. Budził mój śmiech. Ale też był mi potrzebny i w sumie tylko to mnie powstrzymywało przez zabiciem go.

Zacząłem wypytywać o lokalizację tamtej krainy i zauważyłem, że więzień długo waha się z udzieleniem odpowiedzi, jakby się nad czymś zastanawiał. Zmrużyłem oczy i już miałem go walnąć łapą, gdy ten nagle podjął decyzję. Uśmiechnąłem się szeroko w odpowiedzi.
- Dobrze, bardzo dobrze – pochwaliłem go, robiąc zamach łapą… ale zamiast uderzenia, pogłaskałem go po łbie i poluźniłem bardziej liany. W zasadzie lew był w stanie otworzyć pysk na pełną szerokość, ale jednocześnie jednym szarpnięciem dało się ponownie je zacisnąć.
- Spróbuj tylko rzucić okiem na liany pętające Ci łapy… próbuj je przegryźć czy chociażby dotknąć zębami, to Cię zabiję! – ostrzegłem go – A teraz żryj ten kawałek mięsa. Ile czasu potrzebujesz na odpoczynek? Możemy jutro rano wyruszać? – upewniłem się, czujnie mu się przyglądając i czekając aż skończy jeść i pić. Woda znajdowała się kawałek od niego i mimo związanych łap, spokojnie mógł do niej sięgnąć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samotnik
avatar
Sekhmet słysząc odpowiedź lwa zdał sobie sprawę, jak bardzo różnią się ich poglądy. Podczas gdy rudy wierzy w prawość i honor, a jego oponent...chyba tylko w władzę- a przynajmniej tak mu się wówczas wydawało.
- Świetnie jest być po stronie zwycięzców, ale nie wtedy, gdy są twoimi wrogami - odpowiedział mu. Tak właśnie uważał i takie zasady wpajał mu ojciec, od małego. Liczył też na to, że nie zirytuje za bardzo wroga tym, co właśnie powiedział. Zauważył, że brązowy słucha tylko tego, co chce usłyszeć.
Gdy dwugrzywy poklepał go po głowie, Sekhmet poważnie się zdziwił. Jakaś odskocznia od walenia mnie w łeb? Świetnie. Po chwili lew kontynuował rozmowę o podróży na Lwią Ziemię.
- Myślę, że nie będę ryzykował - odparł ze zmarszczonymi brwiami, po czym złapał zębami kawałek mięsa rzucony mu przez oponenta - Ta, rano dam radę - powiedział z pełnymi ustami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cierń
avatar
Słysząc słowa swojego więźnia, uśmiechnąłem się do niego z jasno pokazywaną pogardą. On był taki żałosny, taki prymitywny, taki infantylny i głupi.
- Jeśli zwycięzcy są Twoimi wrogami, należy zmienić stronę, po której się jest. A nie rozpaczać, że się jest przegranym. Uparte trzymanie się błędnych decyzji, założeń, doktryn, stron… nie prowadzi do niczego więcej, niż do zatracenia. Tego nie należy robić – odpowiedziałem mu, ale jakoś nie sądziłem, że do niego cokolwiek dotrze. On był chyba zbyt tępy, zbyt ograniczony, by wyjść z myśleniem poza swój żałosny świat. Ciężko westchnąłem – chyba dalsza dyskusja nie miała żadnego sensu.
- Bardzo dobrze, to rano wyruszamy – oznajmiłem mu, czekając aż ten skończy jeść, po czym ponownie zacisnąłem liany na jego pysku, by nie próbował używać zębów, do przegryzienia jakichkolwiek z nich.
- Dobranoc, śpij dobrze, wypoczywaj – poleciłem mu, a samemu wybrałem się do dżungli, gdzie spędziłem kilka godzin, przygotowując więcej jakże mi przydatnych lian. Później wróciłem do jaskini, upewniłem się, czy drań niczego nie kombinował i zapadłem w sen.

Następnego dnia rano, obudziłem swojego więźnia uderzeniem łapą w pysk.
- Wstawaj, budzimy się! – oznajmiłem mu. Z lian zrobiłem prowizoryczne pęta, czyli coś w stylu kajdan. Liany zawiązane na obu przednich łapach powodowały, że nie dało się zbyt szeroko stawiać kroków, co praktycznie uniemożliwiało bieganie, kopanie czy wymachiwanie łapami. Analogicznie zrobiłem z jego zadnimi łapami a dopiero wtedy zdjąłem te liany, które ciasno obwiązywały mu kończyny. Upewniłem się, że drań ma ciasno obwiązany pysk po czym chwyciłem za lianę, której drugi koniec zawiązałem swojemu przewodnikowi na szyję. Pozostałe, przydatne kawałki roślin zarzuciłem mu jakoś na grzbiet, przywiązując mu tułowia – nigdy nie wiedziałem, czy nie będą mi przydatne.
- To ruszaj, tylko grzecznie – poleciłem mu, w razie czego idąc obok, uważnie śledząc, gdzie ten zmierza – Tylko nie zgub drogi, nie próbuj mnie oszukać i nie myśl nawet o ucieczce, bo Cię zabiję – zagroziłem mu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samotnik
avatar
- Nie rozpaczam z tego powodu - odpowiedział mu na wydechu. Dostrzegał, że nie ma co dyskutować z przeciwnikiem. Miał on swoje żelazne zasady, których się trzymał. Oprócz nich trzymał też jego, w zamknięciu. To było aktualnie największym problemem Sekhmeta i wiedział, że całą noc nie zmruży oka. Może to nawet i dobrze? Był to dobry czas na obmyślanie planu ucieczki. Nie mógł przecież pozwolić, by brązowy dostał się na tereny Lwiej Ziemi. Nie może nawet dostrzegać Lwiej Skały w oddali, przecież od razu skojarzy to miejsce z opowieścią. Jestem idiotą - przeszło mu przez myśl.
- Dobranoc - fuknął, po czym patrzył jak Mane wychodzi z jaskini. Ciekawe dokąd polazł ten śmieć? Po kilkunastu minutach, gdy lew nie wracał, Sekhmet obserwował całą grotę dookoła oraz liany, którymi był powiązany. Nie próbował jednak się wydostać. Za bardzo obawiał się zaskoczenia przez oprawcę. Nie wiedział przecież, jak daleko stąd był w tym momencie. Równie dobrze mógł być minutę drogi od groty, a rudy tylko nie wyczuwał jego obecności. Westchnął ciężko i położył się pogrążony w zadumie, by po niecałej godzinie usnąć jak niemowlę.
Z samego rana czerwonogrzywy został obudzony mocnym uderzeniem łapą w pysk. Był trochę zaskoczony, ale samym czynem, a nie faktem, że to napastnik go uderzył. Do tego chyba zdążył już przywyknąć. Nie odpowiedział niczym na jego śmieszne powitanie, patrzył tylko jak lew związuje jego łapy czymś w rodzaju kajdan. Niby był w stanie chodzić, ale mimo wszystko miał ograniczone ruchy. Śmieć się nieźle ubezpiecza, ale znajdę jakiś haczyk. Muszę - pomyślał. Oponent związał mu dość ciasno pysk, więc nie było mowy nawet o mówieniu, a co dopiero o jakimś ataku.
W końcu ruszyli. Sekhmet od razu zaczął zmierzać w kierunku Lwiej Ziemi. Miał nadzieję, że to dobra droga, ale kiedyś już był w tych stronach i właśnie tędy wracał do krainy swoich przodków. Po około pół godziny bardzo wolnego marszu, Sekh dostrzegł niewielkie oczko wodne. Spojrzał na wroga i potem na wodę wyraźnie dając mu znak, że chciałby się napić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cierń
avatar
Nie rozpaczał? Uśmiechnąłem się krzywo, wyrażając w ten sposób dezaprobatę i jasno demonstrując mu brak przekonania i wiary w jego stwierdzenie. Byłem niemalże pewien, że ten żałuje tej decyzji tym najgorszym sposobem żałowania, kiedy to lew dzień po dniu rozpacza, że źle postąpił. Mimo świadomości, że przeszłości nie zmieni, nieustannie żałuje, raz za razem rozmyśla o tym, wciąż żyjąc przeszłością, przez co nie może żyć teraźniejszością i myśleć o przyszłości. Mierzyłem go swoją miarą? Tak, ja też żałowałem tego, co się stało. Mogłem rządzić swoją krainą a zostałem z niej wygnany. A już… tak niewiele mi brakowało. Rzuciłem mu dobranoc i wyszedłem przygotować parę lian.

Następnego dnia obudziłem więźnia i za pomocą lian, z których robiłem prowizoryczne kajdany, zacząłem go przygotowywać do drogi. Upewniłem się, że łapy i pysk były odpowiednio zabezpieczone, po czym kazałem mu wyruszyć. Niestety daleko nie uszliśmy, bo nagle mojemu więźniowi zachciało się pić. Już? Tak szybko? Ciężko westchnąłem… ale może on wiedział coś więcej niż ja? Może do następnego oczka było daleko? Chcąc nie chcąc skinąłem mu łbem i zacząłem z nim zmierzać w stronę wody. Na miejscu poluźniłem mu liany obwiązujące pysk, by ten spokojnie mógł się napić, ale by jednak gryzienie nie było możliwe.
- Pij, tylko szybko. Zaraz wyruszamy dalej – oznajmiłem mu, podejrzliwie lustrując go wzrokiem, po czym samemu również zbliżyłem pysk w stronę wody, aby ugasić pragnienie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Samotnik
avatar
Sekhmet spojrzał na swojego oprawcę dość spokojnym wzrokiem, jakoby chciał mu dać znać, że nie ma zamiaru sprawiać jakichkolwiek problemów. Schylił się nad oczkiem wodnym i zaczął spokojnie pić. Upał dawał się we znaki, toteż postój na picie był wręcz wskazany. W momencie, w którym rudy zaczerpnął pierwszy łyk wody, wiedział, że nie ma już odwrotu i musi to zrobić jak najprędzej. Stał blisko wroga, toteż plan wydawał się nawet nietrudny do zrealizowania. Momentalnie wykonał gwałtowny ruch na brązowego, tym samym próbując wepchnąć go do dość głębokiego zbiornika wodnego. Pytanie: czy to mu się udało?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cierń
avatar
Zlustrowałem swojego więźnia i przewodnika surowym wzrokiem, ale ten wydawał się być podejrzany. Zerkał spokojnie, więc po chwili sam również wziąłem się do picia wody. W końcu nie mieliśmy wielu godzin czasu. Trzeba było ruszać w drogę, póki słońce nie prażyło bardzo mocno. To raczej koło południa należało się rozglądnąć za jakimś cieniem i gdzieś zatrzymać. Piłem spokojnie, zastanawiając się nad tym i może nie zwracając zbytniej uwagi na Sekhmeta, który nagle, bez ostrzeżenia wepchnął mnie do wody. Odruchowo zamknąłem pysk, aby nie nałykać się wody czy się nią nie zachłysnąć, po czym próbowałem wyjść na brzeg. Jeśli lew mi to uniemożliwiał, to próbowałem odpłynąć kawałek w bok, by wyjść tam, gdzie go nie było. Drań miał obwiązane łapy, więc nie mógł zbyt szybko się przemieszczać. Ale nawet, gdyby podążał za mną i mi wciąż blokował brzeg, to w końcu powinienem być w stanie dotrzeć do miejsca, które było odpowiednio płytsze, że nawet z jego utrudnianiem dałem radę wyjść.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content
Powrót do góry Go down
 
TBD [Mane x Sekhmet]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Organizacja :: Kartoteka :: Retrospekcje-